piątek, 25 grudnia 2015
niedziela, 20 grudnia 2015
sobota, 12 grudnia 2015
Czy to już koniec?
* jest tam mała literówka, powinno być "odnalazłam"
Witajcie kochani moi! Tym oto epilogiem w dość dziwnej formie kończę historię Dominiki. Właściwie pierwszą część jej historii. Druga pojawi się.. kiedy to tam miało być?... Jak coś już napiszę. Niedługo pojawi się zwiastun drugiej części.
A i jeszcze jedno: stworzyłam zakładkę "Pytania do bohaterów", więc jeśli chcecie o coś zapytać Dominikę, Aramisa, kogokolwiek, zapraszam.
Na koniec uroczyste jedno, wielkie DZIĘKUJĘ! Dziękuję Wam Kochane moje za każdy pozostawiony tu komentarz, który wywoływał uśmiech na mojej twarzy. A więc:
~Ala W., która była tutaj od początku, dawała mi kopa za każdym razem, kiedy nie chciało mi sie pisać,
~Asia JOANNA, która również była ze mną od początku i pisała motywujące komentarze,
~Like a dark paradise, za miłe uśmiechy na koniec każdego komentarza ;)
~Dorcas Meadowes-Black, za to że pod dosłownie każdym rozdziałem były twoje motywujące słowa,
~Tempest Lady, która podobnie jak Dorcas wspierała swoją obecnością,
~Klaudia Dusia, za wizyty i tak długie komentarze,
~Wariatka z marzeniami za te "proste trzy słowa" xD
~Ąguś Horan za nasze dyskusje co do pizzy i Niall'a :D
~Ąngelika Angela za uwielbienie Emmetta xD
~Esme Anne Cullen za rozweselanie mnie każdym komentarzem :D
~Mellanie za tą wieczność :D
~Dodo Comello za tyyyyyle komplementów
~AleksandraOla za tyyle życzeń weny
~Lidia Gronek za jeszcze większe pasmo komplementów xD (chyba popadnę w samozachwyt :P)
~ Andrea Ceruleo za tą minke, którą tak bardzo lubię :D
~Martha Walasiewicz za groźby xD ;*
~Battle Scars za wszystkie serduuucha w komentarzach <33
~Czytające Chochliki za kopniaka, dzięki któremu w dwie godziny napisałam rozdział
~Dagmara Marzec za pomoc w rozsądzeniu jak dalej potoczyć tą historię
oraz pewien Anonimek.
Wam wszystkim dziękuję za komentarze i mam nadzieję, że jeszcze ze mną zostaniecie. :D
Ta historia byłaby jeszcze większym dnem, gdyby nie Wasze komentarze. Patrząc z tej rocznej perspektywy czasu połowę opowiadania napisałabym inaczej. Dlatego też druga część będzie inna, o wiele bardziej inna. Także... Do zobaczenia ! :*
<33333
niedziela, 6 grudnia 2015
Rozdział 48 "Wyjdź"
Polecam włączyć too: KLIK :D
Kiedy go zobaczyłam... Uznałam, że jest niezły. Doskonale to pamiętam. Z początku byłam dla niego niezbyt miła, obojętna. Liczył się tylko Aramis, który podle mnie oszukał. A Renesmee... myślałam, że już będzie dobrze. Myliłam się. Wszystko się zmieniło, otaczali mnie ludzie, karmiący mnie kłamstwem. Czym sobie na to zasłużyłam? Nie mam pojęcia...
Kiedy go zobaczyłam... Uznałam, że jest niezły. Doskonale to pamiętam. Z początku byłam dla niego niezbyt miła, obojętna. Liczył się tylko Aramis, który podle mnie oszukał. A Renesmee... myślałam, że już będzie dobrze. Myliłam się. Wszystko się zmieniło, otaczali mnie ludzie, karmiący mnie kłamstwem. Czym sobie na to zasłużyłam? Nie mam pojęcia...
Natomiast Zayn... Wpierw pewna niechęć...
Później koleżeństwo...
Przyjaźń...
Braterstwo?
Miłość.
Już nie boje się tego słowa.
Boję się jednego, jedynego słowa... "Odejdź"
To właśnie słowo usłyszałam, gdy dotarłam do stolicy Idrisu.
Znalazłam go, siedział w pokoju z nosem w książce.
"Hej"
"Co tu robisz?" jego brązowe oczy na chwilę zalśniły.
" To było kłamstwem. Renesmee nas okłamała. Możemy być razem"
Z moich oczu leciały łzy, łzy szczęścia...
Ostatnie łzy szczęścia, które wylałam...
"Odejdź"
Gdy to wypowiedział, mój świat się zatrzymał.
Stałam tam i wpatrywałam się w Zayn'a, którego niegdyś znałam...
To już nie był ten sam człowiek...
Ten traktował mnie zimno.
"Czemu?"
"Nie chce cię. Odejdź"
Łzy szczęścia zamieniły się w łzy rozpaczy...
"Wyjdź"
Powiedział to... tak po prostu. Bez wyjaśnienia. Bez tłumaczeń, z zimną krwią.
" Po co to było?"
"Nudziło mi się. A teraz wyjdź. I zamknij drzwi."
"Jesteś nikim."
"Nikim"
"Nikim... Zayn"
Zniszczył mnie, moje życie, moje serce. Zabrał mi jego część i już nigdy nie odda. Choćby chciał..
A ja...
Tak bardzo chcę zapomnieć o Nim.
Moich czterech braci nigdy nie zapomnę, nie chcę, kocham ich.
A do Niego...
Pozostała już tylko nienawiść.
Do tego jestem zdolna.
Nienawidzić, to takie proste uczucie.
Bawił się mną. Jak zabawką. Tym dla niego byłam.
Niech cierpi, cierpi jak ja.
Cierp Zayn!
niedziela, 29 listopada 2015
Rozdział 47 "Nie mam litości dla wampirzyc"
Zapłakana wbiegłam do salonu. Napotkałam pytające spojrzenie mamy. Podeszła i mocno mnie przytuliła. Szybko opowiedziałam jej, co się stało.
- Zbieraj się. - nakazała. - Jasper pojedzie z tobą. Ja nie mogę, tata niech lepiej nie jedzie.
- Co? - podniosłam na nią zaczerwienione oczy.
- Nie możesz tak tego wszystkiego zostawić. Zdobądź ich adres. Dowiedz się, gdzie są.
- Jak to..?
- Jeśli to on jest twoją prawdziwą miłością, nie wolno ci zaprzepaścić szansy, by go odzyskać. Za dużo przeszłaś, kochanie. - pocałowała mnie w czoło i lekko popchnęła w stronę schodów. Otarłam słone krople i wbiegłam do swojego pokoju. Wrzuciłam w torbę najpotrzebniejsze rzeczy i po chwili byłam znów na dole. Wujek Jasper stał i żegnał się z ciocią Alice.
- Uważajcie na siebie. - uśmiechnęła się do wujka.
- Wrócimy niedługo. - zapewnił i namiętnie pocałował ciocię. Uśmiechnęłam się, widząc ich szczęśliwych. Zakochanych po uszy. Poczułam, jak ktoś kładzie mi ręce na ramionach.
- Uważaj na siebie. I wróć szczęśliwa... A tatą się nie martw. Jakoś to załatwię.
***
- Po co tu przyjechaliśmy? - zapytał wujek, wskazując gmach Instytutu. - Jakoś muszę ich znaleźć. - wzruszyłam ramionami. - Nie wolno im mówić, jak się dostać do Idrisu, a przypuszczam że właśnie tam są.
- Co to Idris?
- Ojczyzna Nocnych Łowców. - odetchnęłam i pchnęłam wielkie drzwi. Ta sama cisza. Te same ściany. Niegdyś tętniły życiem. A teraz? Od razu skierowałam się do biblioteki. Gorączkowo przeglądać przestarzały kufer z mapami. Jednak na żadnej z nich nie było tego, czego potrzebowałam. Zdenerwowana rzuciłam kolejnym zwojem za siebie. Wyciągnęłam wszystkie książki z regału "Idris". Nigdzie nie było mapy. Te księgi również wylądowały za mną.
- Hej! - najwyraźniej jedna z nich uderzyła w wujka Jaspera.
- Nie mam czasu! - warknęłam.
- Spójrz na to. - poprosił. Westchnęłam, ale odwróciłam się. Szybko wstałam. Przede mną stał chłopak, na oko w tym samym wieku, co Zayn. Na ciele miał pełno Znaków. Za nim świeciła wielka, jasna, błękitna kula. Za pewne brama.
- Wampiry. - powiedział swoim niezwykle aksamitnym głosem. Nim się obejrzałam trzymał w dłoniach miecz. Wujek Jasper zasyczał i stanął przede mną. - Nie mam litości dla wampirzyc. - wujek bez słowa rzucił sie na chłopaka.
- Stójcie!!! - zawołałam, stając między nimi. Spodziewałam się, że oberwę mieczem i będzie po mnie. Jednak nie poczułam bólu, ani zapachu swojej własnej krwi. Zamiast tego szczęk krzyżowanych mieczy. Otworzyłam oczy, które szybciej mimowolnie zamknęłam. Ujrzałam kolejną złotą czupryne. Gdy Ktosiek się odwrócił ujrzałam lazurowe tęczówki.
- Niall! - krzyknęłam i przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam. Chłopak rzucił miecz i odwzajemnił uścisk. - Nareszcie... - wyszeptałam. Mogłam trwać w tych ramionach bez końca. Mój brat, moje szczęście, moja bratnia dusza...
- Ekhm... - przerwał nam drugi Nocny Łowca. - Będziesz łaskawy mi coś wyjaśnić? - skrzyżował ręce na piersi.
- To jest Dominica. Dominica i Jasper, to jest Jace. Mój kuzyn.
- Który próbował nas zabić. - dopowiedział wujek Jasper.
- A co ty byś zrobił na moim miejscu, widząc w Instytucie dwa wampiry?
- Porozmawiałbym. - rzucił Whitlock.
- Starczy. - przerwałam im. - Niall, muszę porozmawiać z Zayn'em. Koniecznie.
- Y... - zająknął się Irlandczyk. - Widzisz, to nie będzie takie proste. Właściwie to prawieże niemożliwe. - spojrzał na Jace'a. Ten tylko przecząco pokręcił głową.
- Niall, proszę. - spojrzałam na niego błagalnie. - Ta przepowiednia okazała się bzdurą. Kłamstwem Renesmee. Wiesz, co to znaczy? Ja i Zayn możemy być szczęśliwi. Nic już nie stoi nam na przeszkodzie. - z każdym słowem mój uśmiech się powiększał. Powoli sama zdałam sobie sprawę z tego, co mówię. W końcu będziemy razem, szczęśliwi.
- Ja... - Niall westchnął. - Wszystko rozumiem, naprawdę, ale jeśli Jace nie... Nie mogę was zabrać do Idrisu. Miasto, w którym przebywa Zayn, w którym aktualnie mieszkamy, jest pilnie strzeżone. Jeśli cię tam zabiorę, mogą uruchomić się zaklęcia ochronne. Mogą cię złapać i...
- I zabić. - dokończył Jace.
- Musi być jakiś sposób. - złapałam Niall'a za ramiona. - Ja go kocham. - szepnęłam, patrząc mu w oczy. Niall przymknął powieki i głośno wypuścił powietrze. Odwrócił się w stronę swojego kuzyna.
- Jace, proszę. Potrzebuje twojej pomocy.
- Oszalałeś?! - warknął Jace. - Jeśli ktoś nas złapie, wtrącą nas do lochu!
- Znasz Zayn'a, widzisz jak się zachowuje, a ta... ta dziewczyna może dać mu szczęście. - powiedział, wskazując na mnie.
- Jeżeli to się nie uda...
- Ja go kocham! - krzyknęłam na kuzyna Horan'a. - Nigdy nie kochałeś?!
- Zgoda. - powiedział w końcu. Na mojej i Niall'a twarzy zagościł szeroki uśmiech. Byłam tak szczęśliwa, że podbiegłam do Jace'a i go uściskałam. Gdy go puściłam był nieco zdezorientowany, ale po chwili uśmiechnął się lekko. - Ale nie możemy zabrać was dwóch.
- Z tym nie ma problemu. - zapewniłam, nie patrząc na wujka. - Tylko ja idę, jadę, cokolwiek.
- Lecisz. - mrugnął Jace.
- Zwariowałaś? - wujek stanął przede mną. - Twoja matka mnie zabije, jeżeli stawię się w domu bez ciebie. A o ojcu to już nie wspomnę. Wypatroszy mnie i powiesi moje zwłoki sikorkom na pożarcie.
- Oj, nie przesadzaj. Nie będzie tak źle.
- Nie żartuje.
- To poczekaj tutaj. - uśmiechnęłam się.
- A jak coś ci się stanie?
- Załatwimy jej godny pogrzeb. - wtrącił Jace. Niall zdzielił go po głowie.
- Zaufaj mi. - poprosiłam.
- Zajmę się nią. - obiecał Niall, podchodząc bliżej mnie.
- Uważaj na siebie. - mocno przytuliłam się do wujka, po czym wraz z Niall'em i Jace'm stanęłam przed Bramą.
- Załóż to. - Jace zdjął z siebie płaszcz i nałożył go na mnie. Naciągnął mi także kaptur. - Do nikogo się nie odzywaj, nie patrz nikomu w oczy. I... Niall, musimy obryzgać ją krwią. Inaczej Psy Łowieckie wyczują, że coś z nią nie tak.
- To nie będzie potrzebne. - uśmiechnęłam się zwycięsko. - Jestem pół wilkiem, więc płynie we mnie krew.
- No proszę. - Jace pokiwał głową. - a myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. A... - chłopak sięgnął po jeden ze swoich.. trzech, czterech.. sześciu mieczy i wręczył mi ten średniej długości. Wyciągnęłam po niego dłoń. - Nie! - krzyknął. - Oparzy cię. Pod żadnym pozorem go nie dotykaj. To Anielska stal. Unieś płaszcz. - Chłopak przewiązał mi miecz cieniutkim sznurkiem. - No. I pamiętaj. Żadnego kontaktu wzrokowego. - zastrzegł. - Jak nas wydasz... To będzie źle... - pokiwałam głową i wzięłam głęboki oddech.
- Idę do ciebie, Zayn... - szepnęłam i trzymając Jace'a i Niall'a za rękę wkroczyłam w błękitną kulę.
piątek, 20 listopada 2015
Rozdział 46 " Zełgałaś..."
Przez kilka ostatnich dni nie rozmawiałam ani z Aramisem, ani z Zayn'em. W moim życiu nastała taka niezręczna cisza. A ja stoję w jednym małym, ciasnym punkcie i nie mam pojęcia co zrobić. Miałam wybrać. I próbowałam to zrobić na wszelkie możliwe sposoby. Wypisałam na jednej kartce zalety i wady Aramisa, a na drugiej zalety i wady Zayna. Próbowałam wybrać tego, który ma ze mną więcej wspólnego. I co się okazuje? Wszyscy mamy tyle samo wspólnego. Potem wpadłam na pomysł, żeby wypisać ich imiona na kartce. Tego, którego wylosuje, uznam za bliższego sobie. Niedorzeczne, prawda? Losować miłość. Mimo wszystko los czasami nie pozostawia nam wyboru. Najlepsze jest to, że gdy wyciągnęłam karteczkę, okazało się że obie są ze sobą sklejone. Czyli co? Trójkącik? Taa... Ja i moje żałosne poczucie humoru. Umarłego bym z grobu wyrwała.
- Wszystkiego Najlepszego! - podniosłam głowę znad pamiętnika i widząc całą rodzinę w komplecie, zamknęłam go i wcisnęłam pod poduszkę.
- I tak sprawdzę. - mrugnął do mnie wujek Emmett.
- Z jakiej to okazji? - wskazałam na tort, ignorując uwagę o moim tajemnym zeszycie.
- Nie załamuj mnie. - poprosił wujek Edward.
- Masz dziś urodziny skarbie! - zawołała mama. A... No tak... Coś się faktycznie obiło o uszy. Powoli zesunęłam się z łóżka, oczywiście zrzucając przy tym długopis. Przygryzłam wargę, nie wiedząc co robić.
- Dziękuję? - zapytałam w końcu.
- To będzie dobre słowo. - przyznał wujek Emmett.
- Ems! - skarciła go mama.
- Naprawdę dziękuje, że pamiętaliście, że jesteście. - wysiliłam się na szczerszy uśmiech. - Kocham was! - zaczęłam przytulać się do każdego po kolei. Kogoś mi tu brakowało. Nie chodziło mi tylko o Zayn'a. Nie było tu też Aramisa, w sumie po ostatnim, to nie ma się co dziwić, ale myślałam, że się zjawi. Renesmee. To jej tu nie ma. Nie ma jej. Wujek Edward jakby wyczuł... co ja bredzę... przecież słyszał moje myśli. Gdy do niego podeszłam wręczył mi kartkę. Zgniotłam ją i włożyłam do kieszeni spodni.
- Idziemy jeść! - zarządził wujek Emmett.
- Tobie to i tak nie smakuje. - przypomniałam mu.
- Nie psuj mi chwili!
***
Po wysłuchaniu narzekań wujka Emmetta na to, że nie czuje wybitnego smaku tego bezowego tortu, wsłuchaniu się w prognozę pogody, czterogodzinnym graniu w PlayStation, wreszcie mogłam się wyrwać. I przeczytać kartkę od Ness.
Kochana przepraszam, że mnie dziś nie ma, ale mam pewne sprawy do załatwienia. Z Lucasem, więc sama rozumiesz. Wpadne jutro. Wszystkiego Najlepszego!
Z Lucasem. Pewnie się z nim pokłóciła. Najwyższy czas po prawie dwóch latach słodzenia sobie wzajemnie. Dalej nie wiem, co ona w nim widzi. I pewnie nigdy się nie dowiem. Mimo wszystko, jeśli Ness się z nim pokłóciła, to pewnie mnie potrzebuje. A ja nie mogę jej zawieźć. Nie mogę. Rzuciłam kartkę i wyskoczyłam przez balkon wprost na samochód wujka Emmetta. Miejmy nadzieje, że nie dowie się, kto zarysował jego "dziecko". W sumie, to taka minimalna, nic nie znaczącą ryska. Pobiegłam do domu Rudej i już po chwili stałam przed jej oknem. Usłyszałam podniesione głosy, więc schowałam się tak, by nie było mnie widać.
-... powinnaś jej o tym powiedzieć! - pewności nie miałam, ale wydawało mi się, że to głos Lucasa.
- Zgodzę się z Lusterkiem. - albo miałam jakieś omamy, albo był to Aramis. Tylko co on by tam robił? Zjednoczył się z Lucasem przeciw mojej kuzynce? To ci dopiero absurd. Usiadłam wygodniej na trawie. Byli tak zaabsorbowani swoimi krzykami, że nie zwracali uwagi na mój oddech. I dobrze. Miałam tą małą przewagę.
- Nie rozumiecie, że się o nią troszczę?! - Renesmee uniosła głos. Założę się, że jej twarz nabrała tej samej barwy, co włosy. - To wszystko dla niej!
- Nessie, wszystko rozumiem, ale... Kochanie, pozwól jej wybierać. Ma do tego prawo.
- A ty? - Ness znów zaczęła. To wszystko staje się coraz to bardziej interesujące. - A ty Aramis? Chcesz, żeby cię odrzuciła?
- Ona chce być szczęśliwa, k... kocha go i... Nic na to nie poradzi. Chciałaby przestać, ale nie potrafi. Skoro wybiera jego, ja chce być tylko jej przyjacielem.
- Wizja. - przypomniała Ness.
- Przestań pieprzyć! - warknął Aramis. - I ty wiesz, i ja wiem, że żadnej wizji nie było. Zełgałaś to.. - wytrzeszczyłam szeroko oczy. Jeśli to prawda i Ness wymyśliła tą wizję... To oznacza, że ja mam wybór. Mogę kochać bez ograniczeń... Ale ona.... To co ona zrobiła... Moja własna kuzynka. Perfidnie zełgała. Chciała ustawić moje życie. Bezczelnie nim dyrygować i udawać przy tym wielką przyjaciółkę. Czy ona ma serce?!
- Czy ty masz serce?! - gwałtownie wstałam, ukazując się w oknie. Spotkałam ich przerażone spojrzenia. Wszyscy wiedzieli i wszyscy mnie okłamywali. Nikt nie powiedział mi prawdy. Zmuszali do cierpień i mnie i Zayn'a. Tak bez powodu. Czym sobie na to zasłużyliśmy? - Jak tak mogłaś?! On stracił siostrę! Rodziców! Rodzinę! Mógł zaznać prawdziwej miłości! Ja mogłam mu ją dać! A ty przez swoje głupie ego, spowodowałaś cierpienie tylu osób! Jesteś podłą egoistką Renesmee! - wykrzyczałam i zalana łzami pobiegłam do domu.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Rozdział 45 "Letson!"
Przez ostatnie dni byłam bardzo niespokojna. Zayn nie odzywał się do mnie. Gdy kontaktowałam się z Liamem, ten tylko mnie uspokajał i coś tam wymyślał, że Zayn zgubił telefon. Natomiast, gdy prosiłam Zayn'a do telefonu zawsze nie było go na miejscu. Zbieg okoliczności? Nie sądzę. On najwyraźniej mnie unikał, ale nikt nie wiedział czemu. Przecież nic nie zrobiłam. Może w tym problem? Że przez ten cały czas nic nie robiłam. Obiecaliśmy sobie, że wszystko będzie jak dawniej, a tymczasem odcięliśmy sie od siebie. Wszystko uległo zmianie. Głośny trzask drzwi wyrwał mnie z zamyśleń. Aramis stanął przede mną, trzymając Lettie na rękach. Rośnie zaskakująco szybko, nawet szybciej niż ja. Ma 2 tygodnie, a wygląda na roczek.
- Cześć, moja słodyczko. - uśmiechnęłam się.
- Schlebiasz mi, ale Lettie też tu jest. - wyszczerzył się wampir.
- Ha, ha. - rzuciłam z ironią i wzięłam małą na kolana. - Ależ moja księżniczka ślicznie wygląda. - przeczesałam dłonią po kruczoczarnych włosach Nicolette.
- No wiesz... - chłopak oburzył się. - Jak już to książę i tak. Ślicznie wyglądam.
- Głupek. - pokręciłam głową.
- A tak poważnie... - przysiadł obok mnie. - Zayn się odezwał?
- Nie. - westchnęłam. - Chociaż Liam mówi, że u niego dobrze, jest zajęty i przeprasza, ale nie może podejść. Ciągle ta sama gadka. Auć! - zawołałam, gdy Lettie pociągnęła mnie za włosy. - Letson! - wyplątałam z rączki małej swoje ciemne włosy.
- I co zamierzasz zrobić?
- A mam wybór? - zmarszczyłam brwi. - Nie mam zielonego pojęcia, gdzie są. Zayn nie ma zamiaru sie odzywać, Liam nic mi nie wypapla... No jasne! - wpadłam na genialny pomysł i wybiegłam razem z Lettie na korytarz. Natknęłam się na wujka Jaspera.
- Wućek Jaćpel... - roześmiała się Nicolette.
- Masz wućek Jaćpel. - przekazałam mu małą. - Letson jest twój, a ja musze coś załatwić. - zniknęłam za drzwiami swojego pokoju.
- Chodź Lettie. Wućek zaprowadzi cię do cioci. - usłyszałam głos złotowłosego. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyciągnęłam telefon.
- Poznam ten pomysł? - zapytał Aramis.
- Co? A... Zaraz. Niall, Niall... - zaczęłam szeptać sama do siebie. - Niallerku, gdzie jesteś? - gorączkowo przeglądałam kontakty w telefonie. - Bingo! - krzyknęłam, gdy zobaczyłam numer blondyna. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo? - po drugiej stronie odezwał się Niall. Taki trochę zaspany Niall. Możliwe też, że jest po prostu napity. Jedno nie wykluczało drugiego.
- Cześć Nialler. Słuchaj mam problem. Zayn obiecał, że zadzwoni, ale chyba zapomniał. Musze na niego troszkę nawrzeszczeć. Dasz mi go do telefonu? - zapytałam z nadzieją.
- Ja... Słabo cię słyszę... - Horan zaczął gnieść kartkę.
- Horan wiem, że zgniatasz papier. - mruknęłam zrezygnowana. - Będziesz łaskawy dać mi tego pingwina do telefonu czy nie?!
- Mam być szczery? - zaprzestał męczenia kartki papieru.
- Poproszę.
- Nie wiem gdzie on jest.
- To idź go poszukaj! - byłam coraz to bardziej zdenerwowana.
- Nie o to chodzi. - blondyn zawahał się. - Żaden z nas nie wie, gdzie on jest.
- Jaśniej?
- Zayn zaginął.
- Że co?! - wydarłam się do słuchawki.
- Szukamy go od 2 tygodni... - dwa tygodnie. Przecież Zayn od dwóch tygodni mi nie odpowiada. A Liam zamiast powiedzieć, co się dzieje, spławia mnie.
- Gdzie jesteście? - serce zaczęło mi mocniej bić.
- Wiesz, że nie mogę... - wyszeptał.
- Niall proszę cie! - zawołałam. - Ja go kocham! Pamiętasz?! Musze wiedzieć, co się z nim dzieje.
- Dobra, wyluzuj. - zaśmiał się. - Jest obok mnie.
- Ty... Ty... [CENZURA].
- Skończyłaś? - zapytał niepewnie Niall.
- Tak idioto. Dawaj Zayn'a.
- Cześć? - momentalnie serce mi stanęło. Tak długo nie słyszałam tego głosu. Tak pięknego, szczerego, kojącego, uspokajającego.
- Ty... - przełknęłam ślinę. - Totalny kretynie jeden! Jedyne, na co cię stać po takim czasie to jakieś durne "Cześć,"?!
- Oj, wybacz Niki. Miałem dużo na głowie.
- Dużo na głowie?! Moja matka umierała, a facet, którego kocham, zamiast mnie wesprzeć ganiał za potworami! Faktycznie. Biedaku ty! Cierpisz na brak czasu! Co za nie fart! Jak to zniosłeś?! Został ci trwały uszczerbek na zdrowiu?! Jak ja ci współczuje!
- Nawet nie wiesz, co się tu działo. Nie reaguj tak.
- A jak mam twoim zdaniem reagować?! Po tym wszystkim co razem przeszliśmy, nie zasługuje nawet na nędzne informacje, gdzie jesteś?! To tyle dla ciebie znaczę?!
- Przestań! - teraz to on krzyknął. - Nie ma cie tu, nie wiesz, co przeżywam, jak sie czuje! Nie masz prawa mnie osądzać!
- Ty tępa pało! Nie rozumiesz, że sie o ciebie martwię?! Ja tu od zmysłów odchodzę, bo się o ciebie martwię, a ty mi z takimi tekstami wyjeżdżasz!
- Możesz przestać się na mnie drzeć?! - ryknął.
- Nie!!!
- Zayn wyluzuj. - usłyszałam cichy głos Liam'a.
- Nie wyluzuje! - warknął Mulat. - Jak długo jeszcze mam ci dziewczyno powtarzać, że popadam w paranoje, bo cie tu nie ma?! Nie mogę cię przytulić, pocałować, nazwać cię księżniczką, dotknąć twoich gęstych loków, spojrzeć w żarzące sie błękitne tęczówki, poczuć słodkiego smaku twoich ust! Nic nie mogę! Dlatego tak długo cię unikałem! Bałem się, że gdy zadzwonisz powiesz mi coś w stylu " Zayn fajnie było, ale wole Aramisa. Jestesmy tacy sami. Kochamy sie. Nie dzwon, tak będzie lepiej." Nie spałem, bo bałem sie usłyszeć te kilka zdań. Bałem sie, że gdy i ty mnie odtrącisz, zostanę juz całkiem sam. - po tych słowach wmurowało mnie w podłogę. - Nigdy nie chciałem cie zranić. Nigdy. Cześć Niki. - otworzyłam szeroko oczy. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale w moim gardle zawitała wielka gula. Usłyszałam tylko charakterystyczny dźwięk, mówiący o zakończeniu połączenia. Schowałam telefon do kieszeni. Spojrzałam na Aramisa. Wszystko słyszał, o wszystkim wiedział. Słyszał jak mówiłam, że kocham Zayn'a. On już wszystko zrozumiał. Tylko, czy to zaakceptuje?
- Aramis, ja...
- Nie. - chłopak wstał i wyszedł. Tymczasem ja, pogrążona we własnych, bezsensownych rozmyślaniach położyłam się. Zdałam sobie sprawę, że teraz jest czas na podjęcie decyzji. Nie mogę ciągle dreptać między Aramis'em i Zayn'em. Albo postaram się w jakiś sposób przedłużyć wypełnienie sie przepowiedni, albo poddam się bez walki, skazując osobę, którą kocham na nieszczęście. Decyzja należy do mnie. Albo złamie serce jednemu, pozostawię go samemu sobie, albo złamie serce drugiemu i skażę jego dusze na wieczną tułaczkę, w ciągu której nie zazna chodź cienia prawdziwej miłości
niedziela, 8 listopada 2015
PILNE!
Hejka Skarby. Takie pilne pytanie do Was. Mam napisane połowę 45 rozdziału. I stoję w kropce. Nie wiem jakie będzie zakończenie. Czy całkowicie szczęśliwe, czy może pół na pół.
Wiem na pewno, że jeżeli wprowadzę zakończenie pół na pół, to będzie na tym blogu sezon drugi. Natomiast, jeśli zakończenia szczęśliwe to wątpię w drugi sezon. Takze proszę was o pomoc. Zakończenie szczęśliwe, czy tez nie? Bardzo was proszę o radę ;)
sobota, 31 października 2015
Rozdział 44 " Co to znaczy?"
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie...
- Co? - zmarszczyłam brwi i podeszłam bliżej. Dopiero teraz zaczęłam dostrzegać pewne różnice. Przecież ciocia Bella ma krótsze włosy i lekko pofalowane, a te włosy są długie i proste jak struna. Do tego głos... Głos niby podobny, jednak zupełnie inny. Inny, ale zarazem znany, bliski.
- Co to znaczy? - zapytałam znów. Odpowiedział mi melodyjny śmiech. - Spójrz na mnie. - poprosiłam. Postać przestała się śmiać i powoli zaczęła odwracać się w moją stronę. Gdy stała już na wprost mnie zamrugałam kilka razy.- Aramis weź Lettie.
- Ale... - chłopak znalazł się obok mnie i palcem wskazał osobę przed nami.
- Bierz małą! - nieśmiało podszedł i wziął moją siostrzyczkę na ręce.
- Jakim prawem?! - warknęłam, gdy oboje znaleźli się przy mnie.
- Kochanie... - powiedziała kobieta stojąca przede mną.
- Jakim prawem przybrałeś postać mojej mamy, oszuście?! - warknęłam.
- Niki, co ty..? - kobieta była najwyraźniej niemiło zaskoczona. Podeszła o dwa kroki bliżej.
- Nie ruszaj się! - wyciągnęła rękę w moją stronę. - Nie! - krzyknęłam.
- Dominica to ja... - postać była coraz bardziej zagubiona. - Nie poznajesz mnie? - spojrzałam jej w oczy. Złote, znajome, kochane oczy.
- To nie możesz być ty. - przełknęłam ślinę. - Moja mama leży tam. - wskazałam drzwi. - Leży tam nieruchomo, bez ducha, pozbawiona wszystkiego, zamknięta i sama.
- Nie. - kobieta podeszła i złapała moje ręce. - Nie, kochanie. To ja.
- To nie ty. - pokręciłam głową. Mimo wszystko nie wyrwałam się. Chciałam, żeby to była ona.
- Niki, co się dzieje? - do pokoju wpadł tata. Znalazł się obok nas. - Veronica? - szepnął.
- To ja... - kobieta pokiwała głową i puściła moje dłonie. - Jake to naprawdę ja.
- To ty! - wpadli sobie w ramiona. Tata długo nie wypuszczał mamy z objęć. - Nie mogę w to uwierzyć. - szepnął. - Moja Veronica... Moja kochana...
- To ja. - po chwili zorientowałam się, że płacze.
- Jak to możliwe? - zapytałam w końcu. Oderwali się od siebie.
- Po prostu obudziłam się w trumnie. - wzruszyła ramionami. - Wstałam i pierwsze co zrobiłam, to przybiegłam tu.
- To naprawdę ty? - pociągnęłam nosem.
- Ja. - uśmiechnęła się leciutko.
- To ty. - uwierzyłam jej. Te złote, matczyne oczy nie mogły kłamać. - Nie zostawiłaś mnie. - rozpłakałam się i rzuciłam na mamę.
- Nigdy bym cie nie zostawiła, kochanie. - pocałowała mnie w czubek głowy. - Nigdy.
- To wszystko jest niemożliwe. - roześmiałam się.
- A jednak. - mama odsunęła się i spojrzała mi w oczy. - Wreszcie w komplecie. - spojrzała na tatę. Ten podszedł bliżej i pocałował ją.
- Jeszcze nie. - zaśmiałam się. Wyciągnęłam dłoń do Aramisa. Podszedł i chciał wręczyć mi małą Lettie, ale ja pociągnęłam go za rękę.
- Co robisz? - zapytał.
- Jesteś częścią rodziny. - przytuliłam się do niego. - Prawda Lettie? - mała uśmiechnęła się. Odwzajemniłam uśmiech. Nie byliśmy w komplecie, ale odzyskałam matkę. Nie bardzo wiedziałam jak to w ogóle możliwe, ale cieszyłam się jak głupia, bo nie zostałam sama...
***
📨 Liam nie uwierzysz!
📩 Nie uwierzę?
📨 Nie!
📩 Zaskocz mnie księżniczko.
📨 Moja matka żyje. Wróciła do zdrowia! Jest z nami!
📩 Niki... Istnieje wiele niewyjaśnionych zjawisk, ale możliwość, że spalona osoba się regeneruje... To niemożliwe.
📨 Liam, co w tym świecie jest niemożliwe? Istnieją wampiry, czarodzieje, a anioły chodzą po ziemi. Moja mama żyje. Nie postradałam zmysłów.
📩 Naprawdę?
📨 Naprawdę Liaś. Ona żyje. Nie zostawiła mnie jak... Nieważne.
📩 Jak my. Nie jestem głupi. Ale uwierz, że brakuje nam ciebie. Jesteś naszą rodziną i to się nigdy nie zmieni.
📨 Dziękuję. To kiedy mnie odwiedzicie?
📩 Póki co, to niestety trudno powiedzieć. Mamy dużo na głowie.
📨 Szkoda. No cóż, to ja już będę kończyć. Cześć Liaś
📩 Cześć księżniczko. 😊
- Co robisz? - Aramis wszedł do pokoju. Uważnie się mu przyjrzałam. - Co?
- Nic. - uśmiechnęłam się. - Właśnie skończyłam pisać z Liamem. - odłożyłam telefon do kieszeni.
- I co tam u nich? - przysiadł na krawędzi łóżka.
- Dużo roboty, tęsknią. Normalka. - wzruszyłam ramionami.
- Tęsknisz? - usiadł bliżej mnie. - Szczerze. - zastrzegł.
- Cholernie. - przytaknęłam. - Czuję taką pustkę, której w żadnym stopniu nie potrafię załatać. Nikt nie potrafi.
- Jestem przy tobie mała. - przytulił mnie. - Nigdy o tym nie zapominaj.
- Co robiłeś, gdy cię nie było? - zapytałam.
- Byłem obejrzeć rodzinny grobowiec, twierdzę. Nawet znalazłem swój pierwszy strój muszkietera.
- Jak to jest być muszkieterem?
- Kochałem to. - przyznał. - Byłem dumny z tego kim jestem, broniłem swojej ojczyzny, wiary, przekonań. Najbardziej lubiłem kapelusz z piórkiem. - roześmiał się.
- Chciałabym żyć w tamtych czasach.
- Nie chciałabyś.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Jesteś tak piękna, że byłabyś księżniczką. A księżniczka z muszkieterem żenić się nie może. - oparł podbródek o moją głowę.
- Słodki jesteś.
- Ociekam czekoladą.
- Ale ja bardziej. - wytknęłam na niego język.
- Zgodzę się.
- Przestań, bo się rumienię...
- Moja truskaweczka w czekoladzie...
***
20:04
📨 Hej, Zayn. Dawno nie pisaliśmy. Co u ciebie?
20:23
📨 Halo? Żyjesz ty tam?
20:36
📨 Zayn, coś nie tak?
20:47
📨 Odezwij się...
20:57
📨 Zaczynam się martwić.
21:02
📨 Obraziłeś się?
21:13
📨 Zayn!
21:28
📨 Boje się o ciebie. To nie jest normalne. Odezwij się.
21:32
📨 Proszę.
21:44
📨 Potrzebuję Was. Potrzebuje ciebie!
21:56
📨 Co się z tobą dzieje?!
22:07
📨 Zayn, proszę.
22:21
📨 Co z tobą Wayne?!
📰 Nie udało się wysłać wiadomości. Spróbuj ponownie później.
Wkurzona odłożyłam telefon na stolik i dokładnie okryłam się kołdrą. Już ja sobie z naszym Zayn'iem pogadam. Mnie się nie ignoruje, a nasz skarbek powinien to wiedzieć...
wtorek, 20 października 2015
Rozdział 43 "Kochamy cię. Pamiętaj"
Polecam przed czytaniem włączyć sobie TO
Aramis poszedł wynająć sobie jakiś dom. Tymczasem ja nie wstawałam z łóżka. Ciocia przyniosła mi śniadanie, ale nic nie tknęłam. Tata nie pokazał mi się na oczy. Boi się? Wstydzi? Potrzebuje tego, by mnie przytulił. Usłyszałam, że ktoś uchyla drzwi. Ujrzałam rudą grzywę.
- Cześć. - jej oczy były zaczerwienione. Pewnie też cały czas płakała. - Jak się trzymasz? - zamknęła drzwi i podeszła do łóżka.
- Dobrze... - skłamałam i poczułam jak do moich oczu napływają łzy.
- Dajesz radę? - te słowa załamały mnie. Wybuchłam płaczem. Jak mam się trzymać?! Straciłam matkę! Osobę najbliższą jaką miałam! Nikt nie mógł się z nią równać! Ale ona odeszła... Nie wróci. To koniec. Nessie podeszła i przytuliła mnie.
- Zostawiła mnie... - załkałam w jej ramię. - Ona też! Nie ma jej! Jestem sama Ness. Sama...
- Nie wolno ci tak myśleć.. - dziewczyna potrząsnęła swoją rudą grzywą. - Twoja mama cię kochała i zawsze będzie.
- Gdyby mnie kochała, nie zostawiłaby mnie!
- Oddała swoje życie za życie dziecka. To najpiękniejszy dowód miłości jaki istnieje. Dla ciebie była gotowa zrobić to samo. - zapewniła. - Teraz czujesz pustkę, ale gdy zobaczysz jak Lettie się śmieje, jak bardzo jest podobna do twojej mamy. Twoja pustka choć częściowo się załata.
- Obyś miała rację. - pokiwałam głową, nadal płacząc.
- Every night in my dreams... - zaczęła nucić. - I see you, I feel you...That is How i know you go on... - wsłuchałam się w te piękne słowa i po chwili sama zaczęłam śpiewać.
- Love was when i loved you one truth Time i hold you. In my life you always go on...
- One small you open the door... - usłyszałam męski głos i zamrugałam kilka razy. Spojrzałam w stronę drzwi. O ścianę opierał się nie kto inny jak mój ojciec we własnej osobie. - Mama kochała tą piosenkę.
- Zostawię was. - szepnęła Ness i cicho wyszła.
- Czemu ze wszystkich pragnień na świecie wybrałem ciebie? - zanucił.
- To twojej dłoni przecież dłoń moja od zawsze szuka... - dokończyłam.
- Gwiazda co w rzece się ciągle przegląda tez tego nie wie... - tata podszedł do mnie i usiadł obok. - Nie wolno ci myśleć, że kogokolwiek kocham bardziej niż ciebie, mamę i Lettie. Jasne? - ujął moją twarz w swoje wielkie dłonie. - Kocham cię. - przytuliłam się do tego wielkiego serca. Bijącego dla mnie i Lettie. Kiedyś również dla mamy. Ale to było kiedyś.
Stoję już trzecią godzinę nad ciałem własnej matki. Ubrana w czarną suknie, która doskonale oddaje mój nastrój, uczucia. Moje wnętrze. Nie istnieje nic co może ukoić mój ból.
- Wiesz... - zaczęłam cicho kładąc dłoń na wieku trumny. - Pamiętam każdą kłótnię, każdą. Tą moją i twoją, taty, wujka Edwarda. I dopiero teraz uświadamiam sobie, jak niepotrzebne były, zbędne, tak bardzo zwierzęce... Zawsze mi powtarzałaś, że nieważne jak długo jest się wampirem. W każdym z nas dalej żyje człowiek, dusza. Każdy z nas ją ma. Bo gdyby nie ona, nie bylibyśmy zdolni prawdziwie kochać. Gdybyś ty jej nie miała, nie oddałabyś życia za Lettie. Obiecuję... Obiecuję, że zajmę się nią jak najlepiej potrafię. Słyszysz? - ostatnie łzy zadudniły o drewnianą płytę ze złotym krzyżykiem. - Twoja ofiara nie pójdzie na marne. - przez chwilę pragnęłam uścisnąć jej rękę, ale wiedziałam, że nie wytrzymałabym takiego widoku. Przy drzwiach jeszcze raz się obejrzałam.
- Kocham cię. - powiedziałam i wyszłam. Przemierzałam dom, rozglądając się dokoła. Szukając choć małej iskierki życia. Wszystko uszło wraz z Nią. Powoli udałam się do pokoju Lettie. Czuwała przy niej ciocia Rose. Nie powinno mnie to dziwić. To ona zastąpi matkę Nicolette. Lecz nie mnie. Przykro mi, ale nie. Usłyszałam dźwięk telefonu i pobiegłam do swojego pokoju. Chwyciłam urządzenie i spojrzałam na wyświetlacz. "Liam" O nie... Odebrać? Powiedzieć? Skazać siebie na kolejne rozklejenie? A może mi ulży. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i drżąca ręka powędrowała do ucha.
- Cześć księżniczko. - powiedział cicho.
- Hej Liam... - przełknęłam ślinę.
- Czemu nie powiedziałaś?
- Czego? - zmarszczyłam brwi.
- Wiesz czego. O twojej mamie.
- S... Skąd wiesz? - głos coraz bardziej mi drżał.
- Dostaliśmy list. Chyba od twojej cioci Alice. U dołu było tylko "A"...
- Oh. - pokiwałam głową. - Ja po prostu nie chciałam was martwić.
- Martwić? Jesteśmy przyjaciółmi, rodziną. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Przepraszam. - otarłam pierwszą łzę.
- Jesteśmy z tobą. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Kochamy cię. Pamiętaj.
- Dziękuję. - szepnęłam.
- Wybacz, ale muszę kończyć. Mamy trening. Będę czekał na twój telefon. - zapewnił.
- Dzięki, że zadzwoniłeś. Też was kocham. Na razie. - rozłączyłam się. Rzuciłam telefon w kąt i pobiegłam poszukać cioci Alice. - Wysyłałaś list do chłopaków?! - zapytałam, gdy natknęłam się na nią w korytarzu.
- Chłopaków? - spojrzała na mnie pytająco.
- No. - pokiwałam energicznie głową.
- Nawet nie wiem gdzie są. - wzruszyła ramionami, wyminęła mnie i poszła dalej. Ona też nie może znaleźć dla siebie miejsca. Nikt nie może. Nawet ciocia Rose, która tak cieszy się z Lettie, zmieniła się. Jest cichsza, bardziej opanowana, smutna. Skoro to nie ciocia Alice, to kto wysłał ten list? Na chwile pojawiła się pewna myśl, ale natychmiast ją odgoniłam. Aramis? Nie. On ich nienawidzi. Z wzajemnością. Chociaż, może mi...
- Jestem. - ktoś przytulił mnie na powitanie. Lśniące, czarne włosy, złote oczy.
- Cześć. - uśmiechnęłam się leciutko. - Musimy porozmawiać.
- Jasne. - kiwnął głową. Udaliśmy się do mojego pokoju.
- Ktoś wysłał do chłopaków list, podpisując się literką A. Wiesz, kto to mógł być? - zapytałam, siadając na łóżku.
- Alice? - rzucił.
- Wykluczone. - pokręciłam głową. - Nie wie gdzie przebywają. Wiem, że to trochę dziwne, ale czy to nie ty?
- Dlaczego tak sądzisz?
- Zawsze podpisywałeś się literką A. Więc może...
- Za dobrze mnie znasz... - spuścił głowę.
- Dlaczego to zrobiłeś? - otworzyłam szeroko oczy.
- Cierpisz. Choć z trudem to przyjmuje, oni są w stanie ukoić twój ból. Na pewno nie całkiem, ale w jakimś stopniu. ON potrafi to, czego ja nie. Potrafi sprawić, że uśmiechasz się w najgorszych momentach życia. Jeśli ON sprawi, że uśmiechniesz się choć na chwilę, jestem gotów zrobić wszystko, by go tu sprowadzić.
- Naprawdę cie nie rozumiem.
- Nie musisz. - westchnął. - Czasami ja sam siebie nie potrafię zrozumieć. A teraz bądź tak miła i obiecaj mi, że będziesz odbierała telefony od nich.
- Obiecuje. - zapewniłam.
- Świetnie. - chłopak uśmiechnął się. - Idziemy do Lettie? Chciałbym w końcu ją zobaczyć.
- Jasne. - pokiwałam głową. Razem udaliśmy się do pokoju mojej siostry. Zapukałam i cichutko weszliśmy. Ciocia Bella stała do nas tyłem i karmiła małą mlekiem z butelki.
- Ciociu, możemy? - zapytałam podchodząc nieco bliżej. Odpowiedział mi melodyjny śmiech.
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie...
***
Powracam wredna ja z kolejnym (mam nadzieje, że z dłuższym) rozdziałem. Tak jakoś ostatnio coś mnie naszło i w godzinę był gotowy :D
Aramis poszedł wynająć sobie jakiś dom. Tymczasem ja nie wstawałam z łóżka. Ciocia przyniosła mi śniadanie, ale nic nie tknęłam. Tata nie pokazał mi się na oczy. Boi się? Wstydzi? Potrzebuje tego, by mnie przytulił. Usłyszałam, że ktoś uchyla drzwi. Ujrzałam rudą grzywę.
- Cześć. - jej oczy były zaczerwienione. Pewnie też cały czas płakała. - Jak się trzymasz? - zamknęła drzwi i podeszła do łóżka.
- Dobrze... - skłamałam i poczułam jak do moich oczu napływają łzy.
- Dajesz radę? - te słowa załamały mnie. Wybuchłam płaczem. Jak mam się trzymać?! Straciłam matkę! Osobę najbliższą jaką miałam! Nikt nie mógł się z nią równać! Ale ona odeszła... Nie wróci. To koniec. Nessie podeszła i przytuliła mnie.
- Zostawiła mnie... - załkałam w jej ramię. - Ona też! Nie ma jej! Jestem sama Ness. Sama...
- Nie wolno ci tak myśleć.. - dziewczyna potrząsnęła swoją rudą grzywą. - Twoja mama cię kochała i zawsze będzie.
- Gdyby mnie kochała, nie zostawiłaby mnie!
- Oddała swoje życie za życie dziecka. To najpiękniejszy dowód miłości jaki istnieje. Dla ciebie była gotowa zrobić to samo. - zapewniła. - Teraz czujesz pustkę, ale gdy zobaczysz jak Lettie się śmieje, jak bardzo jest podobna do twojej mamy. Twoja pustka choć częściowo się załata.
- Obyś miała rację. - pokiwałam głową, nadal płacząc.
- Every night in my dreams... - zaczęła nucić. - I see you, I feel you...That is How i know you go on... - wsłuchałam się w te piękne słowa i po chwili sama zaczęłam śpiewać.
- Love was when i loved you one truth Time i hold you. In my life you always go on...
- One small you open the door... - usłyszałam męski głos i zamrugałam kilka razy. Spojrzałam w stronę drzwi. O ścianę opierał się nie kto inny jak mój ojciec we własnej osobie. - Mama kochała tą piosenkę.
- Zostawię was. - szepnęła Ness i cicho wyszła.
- Czemu ze wszystkich pragnień na świecie wybrałem ciebie? - zanucił.
- To twojej dłoni przecież dłoń moja od zawsze szuka... - dokończyłam.
- Gwiazda co w rzece się ciągle przegląda tez tego nie wie... - tata podszedł do mnie i usiadł obok. - Nie wolno ci myśleć, że kogokolwiek kocham bardziej niż ciebie, mamę i Lettie. Jasne? - ujął moją twarz w swoje wielkie dłonie. - Kocham cię. - przytuliłam się do tego wielkiego serca. Bijącego dla mnie i Lettie. Kiedyś również dla mamy. Ale to było kiedyś.
***Trzy dni później***
Stoję już trzecią godzinę nad ciałem własnej matki. Ubrana w czarną suknie, która doskonale oddaje mój nastrój, uczucia. Moje wnętrze. Nie istnieje nic co może ukoić mój ból.
- Wiesz... - zaczęłam cicho kładąc dłoń na wieku trumny. - Pamiętam każdą kłótnię, każdą. Tą moją i twoją, taty, wujka Edwarda. I dopiero teraz uświadamiam sobie, jak niepotrzebne były, zbędne, tak bardzo zwierzęce... Zawsze mi powtarzałaś, że nieważne jak długo jest się wampirem. W każdym z nas dalej żyje człowiek, dusza. Każdy z nas ją ma. Bo gdyby nie ona, nie bylibyśmy zdolni prawdziwie kochać. Gdybyś ty jej nie miała, nie oddałabyś życia za Lettie. Obiecuję... Obiecuję, że zajmę się nią jak najlepiej potrafię. Słyszysz? - ostatnie łzy zadudniły o drewnianą płytę ze złotym krzyżykiem. - Twoja ofiara nie pójdzie na marne. - przez chwilę pragnęłam uścisnąć jej rękę, ale wiedziałam, że nie wytrzymałabym takiego widoku. Przy drzwiach jeszcze raz się obejrzałam.
- Kocham cię. - powiedziałam i wyszłam. Przemierzałam dom, rozglądając się dokoła. Szukając choć małej iskierki życia. Wszystko uszło wraz z Nią. Powoli udałam się do pokoju Lettie. Czuwała przy niej ciocia Rose. Nie powinno mnie to dziwić. To ona zastąpi matkę Nicolette. Lecz nie mnie. Przykro mi, ale nie. Usłyszałam dźwięk telefonu i pobiegłam do swojego pokoju. Chwyciłam urządzenie i spojrzałam na wyświetlacz. "Liam" O nie... Odebrać? Powiedzieć? Skazać siebie na kolejne rozklejenie? A może mi ulży. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i drżąca ręka powędrowała do ucha.
- Cześć księżniczko. - powiedział cicho.
- Hej Liam... - przełknęłam ślinę.
- Czemu nie powiedziałaś?
- Czego? - zmarszczyłam brwi.
- Wiesz czego. O twojej mamie.
- S... Skąd wiesz? - głos coraz bardziej mi drżał.
- Dostaliśmy list. Chyba od twojej cioci Alice. U dołu było tylko "A"...
- Oh. - pokiwałam głową. - Ja po prostu nie chciałam was martwić.
- Martwić? Jesteśmy przyjaciółmi, rodziną. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Przepraszam. - otarłam pierwszą łzę.
- Jesteśmy z tobą. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Kochamy cię. Pamiętaj.
- Dziękuję. - szepnęłam.
- Wybacz, ale muszę kończyć. Mamy trening. Będę czekał na twój telefon. - zapewnił.
- Dzięki, że zadzwoniłeś. Też was kocham. Na razie. - rozłączyłam się. Rzuciłam telefon w kąt i pobiegłam poszukać cioci Alice. - Wysyłałaś list do chłopaków?! - zapytałam, gdy natknęłam się na nią w korytarzu.
- Chłopaków? - spojrzała na mnie pytająco.
- No. - pokiwałam energicznie głową.
- Nawet nie wiem gdzie są. - wzruszyła ramionami, wyminęła mnie i poszła dalej. Ona też nie może znaleźć dla siebie miejsca. Nikt nie może. Nawet ciocia Rose, która tak cieszy się z Lettie, zmieniła się. Jest cichsza, bardziej opanowana, smutna. Skoro to nie ciocia Alice, to kto wysłał ten list? Na chwile pojawiła się pewna myśl, ale natychmiast ją odgoniłam. Aramis? Nie. On ich nienawidzi. Z wzajemnością. Chociaż, może mi...
- Jestem. - ktoś przytulił mnie na powitanie. Lśniące, czarne włosy, złote oczy.
- Cześć. - uśmiechnęłam się leciutko. - Musimy porozmawiać.
- Jasne. - kiwnął głową. Udaliśmy się do mojego pokoju.
- Ktoś wysłał do chłopaków list, podpisując się literką A. Wiesz, kto to mógł być? - zapytałam, siadając na łóżku.
- Alice? - rzucił.
- Wykluczone. - pokręciłam głową. - Nie wie gdzie przebywają. Wiem, że to trochę dziwne, ale czy to nie ty?
- Dlaczego tak sądzisz?
- Zawsze podpisywałeś się literką A. Więc może...
- Za dobrze mnie znasz... - spuścił głowę.
- Dlaczego to zrobiłeś? - otworzyłam szeroko oczy.
- Cierpisz. Choć z trudem to przyjmuje, oni są w stanie ukoić twój ból. Na pewno nie całkiem, ale w jakimś stopniu. ON potrafi to, czego ja nie. Potrafi sprawić, że uśmiechasz się w najgorszych momentach życia. Jeśli ON sprawi, że uśmiechniesz się choć na chwilę, jestem gotów zrobić wszystko, by go tu sprowadzić.
- Naprawdę cie nie rozumiem.
- Nie musisz. - westchnął. - Czasami ja sam siebie nie potrafię zrozumieć. A teraz bądź tak miła i obiecaj mi, że będziesz odbierała telefony od nich.
- Obiecuje. - zapewniłam.
- Świetnie. - chłopak uśmiechnął się. - Idziemy do Lettie? Chciałbym w końcu ją zobaczyć.
- Jasne. - pokiwałam głową. Razem udaliśmy się do pokoju mojej siostry. Zapukałam i cichutko weszliśmy. Ciocia Bella stała do nas tyłem i karmiła małą mlekiem z butelki.
- Ciociu, możemy? - zapytałam podchodząc nieco bliżej. Odpowiedział mi melodyjny śmiech.
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie...
***
Powracam wredna ja z kolejnym (mam nadzieje, że z dłuższym) rozdziałem. Tak jakoś ostatnio coś mnie naszło i w godzinę był gotowy :D
wtorek, 13 października 2015
Rozdział 42 " Co znaczy już?"
- Ja muszę tam wejść!,- krzyczałam do wujka Jaspera, ale on jakby nie słyszał moich próśb. Dalej trzymał mnie w żelaznym uścisku. Poczułam falę miłego ciepła, które rozchodziło się po całym moim ciele. - Nie chce być spokojna! Wsadź se ten spokój! - warknęłam i zacisnęłam paznokcie na przedramieniu blondyna.
- Nie pomożesz im już. - powiedział opanowany. Na chwilę przestałam się szamotać.
- Już? - zmarszczyłam brwi. - Co znaczy już? - spojrzałam w złote oczy wujka. Milczał. - Co znaczy już?! - powiedziałam nieco głośniej. Dalej nic. Usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Stanęła w nich ciocia Bella.
- Znaczy, że już za... Za późno... - w tej chwili poczułam jak miękną mi kolana. Wszystko co działo się wkoło straciło sens. Aramis czekający w pokoju, ciocia Rose z Lettie na rękach. Już nic się nie liczyło, bo Jej nie ma. . Odeszła. Zostawiła mnie. Osunęłam się na ziemię. Zaczęłam tępo wpatrywać się w ścianę. Moje oczy produkowały litry łez, a ja miałam to gdzieś. Nadal nie mogłam przetrawić tej informacji. Jej już nie ma. Nie wróci. Przede mną usiadła czarna postać. Zamrugałam kilka razy. Poczułam lodowatą dłoń na swojej. Bez słowa przytuliłam się do Aramisa. Nie obchodziło mnie już co było kiedyś. Potrzebowałam czyjegoś uścisku. Nie takiego, który powie nie płacz. Tylko takiego, który pozwoli mi płakać kilka godzin i nie puści już nigdy. Nie wiem jak długo siedzieliśmy pod tą ścianą. Godzinę? Dwie? A może dzień? 10 minut?
- Chcesz się z nią pożegnać? - zapytał cicho Aramis.
- Z czym? Zwęglonym popiołem? - usłyszałam głos wujka Emmetta. Zaniosłam się jeszcze większym płaczem. To tylko tyle z niej zostało?! Nic więcej?! Tylko na tyle zasłużyła po latach cierpień?! Nie dość, że straciła ukochanego Bena, przez długi czas żyła sama, z dala od prawdziwej rodziny, na 3 lata zyskała mnie i tatę, a teraz już koniec?! To tym jest życie. Ciągłym katuszem, który wykorzystuje nas w każdym stopniu. Sprawdza ile każdy z nas może wycierpieć, po czym zostawia jako zwęglone, nic nie warte zwłoki?
- Muszę zadzwonić do Liama... - szepnęłam, odrywając głowę od klatki piersiowej Aramisa. - Gdzie mój telefon? - zapytałam, uderzając kieszenie swoich spodni. W końcu wyczułam mały prostokątny przedmiot. Drżącymi rękami wybrałam numer i przyłożyłam telefonów do ucha. Po chwili w słuchawce rozległ się głos. Niebiański głos pewnego bruneta.
- Tak? - zapytał.
- Cz... Cześć Li. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Cześć księżniczko. Miło w końcu cię usłyszeć. Masz jakąś sprawę? Czy dzwonisz, bo chcesz się z Lou i Nialla ponabijać?
- Właściwie to... - urwałam. Czy jest sens obarczać ich moimi problemami? Przecież mają własne. Demony i te sprawy... - Chciałam słyszeć twój głos. - pociągnęłam nosem. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam.
- Płaczesz?
- Mam katar. - wymusiłam śmiech, aby Liam już nie drążył tematu.
- To dobrze. - podsumował. - Myślałem, że może coś nie tak. - przełknęłam ślinę.
- Wybacz Li, ale muszę kończyć. Ma... Tata mnie woła.
- Zadzwoń jeszcze.
- Obiecuje. - uśmiechnęłam sie i nacisnęłam czerwony przycisk. Telefon powędrował do kieszeni.
- Czemu mu nie powiedziałaś? - Aramis podszedł i przytulił mnie.
-Mają własne problemy. - wzruszyłam ramionami. - Nie chce ich obarczac jeszcze swoimi. Ciebie tez nie. - Spojrzałam mu w oczy.
- Twój problem jest moim problemem. - wyszeptał mi we włosy
- I tak już zostanie.
- To miłe. - uśmiechnęłam się.
- To prawdziwe. Pamiętaj, że wampir zakochuje się raz na całe życie.
***
- Zayn! - biegłam przez las, nie mogąc złapać tchu. - Zayn! - wszędzie było ciemno, a ja mimo swojego wyczulonego wzroku słabo widziałam. - Odezwij się! Potrzebuje cię! Potrzebuje! - potknęłam się o kamień i wylądowałam na suchych liściach. Zaczęłam się czołgać.
- Niki?! - usłyszałam ten piękny głos Mulata. - Kocham cię! Pamiętaj! A teraz uciekaj! Bądź szczęśliwa!
- Zayn! - krzyknęłam na cały głos. Odpowiedziało mi krakanie ptaków. Nie miałam sił już dalej się czołgać. Po chwili dostrzegłam postać, wyłaniającą się z mroku. Zmrużyłam oczy.
- Lucas?! - zapytałam. Odpowiedział mi tylko nikły uśmiech. Po chwili obok niego pojawiła się Renesmee.
- To dla twojego dobra. -,szepnęła. Przed oczami ujrzałam martwe ciało Zayna.
- NIE!!! - krzyknęłam. Cały las wypełnił mój zrozpaczony głos. Poczułam jak oplatają mnie silne ramiona.
- To tylko zły sen. - szeptał Aramis. - Wszystko będzie dobrze.
- Nie pomożesz im już. - powiedział opanowany. Na chwilę przestałam się szamotać.
- Już? - zmarszczyłam brwi. - Co znaczy już? - spojrzałam w złote oczy wujka. Milczał. - Co znaczy już?! - powiedziałam nieco głośniej. Dalej nic. Usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Stanęła w nich ciocia Bella.
- Znaczy, że już za... Za późno... - w tej chwili poczułam jak miękną mi kolana. Wszystko co działo się wkoło straciło sens. Aramis czekający w pokoju, ciocia Rose z Lettie na rękach. Już nic się nie liczyło, bo Jej nie ma. . Odeszła. Zostawiła mnie. Osunęłam się na ziemię. Zaczęłam tępo wpatrywać się w ścianę. Moje oczy produkowały litry łez, a ja miałam to gdzieś. Nadal nie mogłam przetrawić tej informacji. Jej już nie ma. Nie wróci. Przede mną usiadła czarna postać. Zamrugałam kilka razy. Poczułam lodowatą dłoń na swojej. Bez słowa przytuliłam się do Aramisa. Nie obchodziło mnie już co było kiedyś. Potrzebowałam czyjegoś uścisku. Nie takiego, który powie nie płacz. Tylko takiego, który pozwoli mi płakać kilka godzin i nie puści już nigdy. Nie wiem jak długo siedzieliśmy pod tą ścianą. Godzinę? Dwie? A może dzień? 10 minut?
- Chcesz się z nią pożegnać? - zapytał cicho Aramis.
- Z czym? Zwęglonym popiołem? - usłyszałam głos wujka Emmetta. Zaniosłam się jeszcze większym płaczem. To tylko tyle z niej zostało?! Nic więcej?! Tylko na tyle zasłużyła po latach cierpień?! Nie dość, że straciła ukochanego Bena, przez długi czas żyła sama, z dala od prawdziwej rodziny, na 3 lata zyskała mnie i tatę, a teraz już koniec?! To tym jest życie. Ciągłym katuszem, który wykorzystuje nas w każdym stopniu. Sprawdza ile każdy z nas może wycierpieć, po czym zostawia jako zwęglone, nic nie warte zwłoki?
- Muszę zadzwonić do Liama... - szepnęłam, odrywając głowę od klatki piersiowej Aramisa. - Gdzie mój telefon? - zapytałam, uderzając kieszenie swoich spodni. W końcu wyczułam mały prostokątny przedmiot. Drżącymi rękami wybrałam numer i przyłożyłam telefonów do ucha. Po chwili w słuchawce rozległ się głos. Niebiański głos pewnego bruneta.
- Tak? - zapytał.
- Cz... Cześć Li. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Cześć księżniczko. Miło w końcu cię usłyszeć. Masz jakąś sprawę? Czy dzwonisz, bo chcesz się z Lou i Nialla ponabijać?
- Właściwie to... - urwałam. Czy jest sens obarczać ich moimi problemami? Przecież mają własne. Demony i te sprawy... - Chciałam słyszeć twój głos. - pociągnęłam nosem. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam.
- Płaczesz?
- Mam katar. - wymusiłam śmiech, aby Liam już nie drążył tematu.
- To dobrze. - podsumował. - Myślałem, że może coś nie tak. - przełknęłam ślinę.
- Wybacz Li, ale muszę kończyć. Ma... Tata mnie woła.
- Zadzwoń jeszcze.
- Obiecuje. - uśmiechnęłam sie i nacisnęłam czerwony przycisk. Telefon powędrował do kieszeni.
- Czemu mu nie powiedziałaś? - Aramis podszedł i przytulił mnie.
-Mają własne problemy. - wzruszyłam ramionami. - Nie chce ich obarczac jeszcze swoimi. Ciebie tez nie. - Spojrzałam mu w oczy.
- Twój problem jest moim problemem. - wyszeptał mi we włosy
- I tak już zostanie.
- To miłe. - uśmiechnęłam się.
- To prawdziwe. Pamiętaj, że wampir zakochuje się raz na całe życie.
***
- Zayn! - biegłam przez las, nie mogąc złapać tchu. - Zayn! - wszędzie było ciemno, a ja mimo swojego wyczulonego wzroku słabo widziałam. - Odezwij się! Potrzebuje cię! Potrzebuje! - potknęłam się o kamień i wylądowałam na suchych liściach. Zaczęłam się czołgać.
- Niki?! - usłyszałam ten piękny głos Mulata. - Kocham cię! Pamiętaj! A teraz uciekaj! Bądź szczęśliwa!
- Zayn! - krzyknęłam na cały głos. Odpowiedziało mi krakanie ptaków. Nie miałam sił już dalej się czołgać. Po chwili dostrzegłam postać, wyłaniającą się z mroku. Zmrużyłam oczy.
- Lucas?! - zapytałam. Odpowiedział mi tylko nikły uśmiech. Po chwili obok niego pojawiła się Renesmee.
- To dla twojego dobra. -,szepnęła. Przed oczami ujrzałam martwe ciało Zayna.
- NIE!!! - krzyknęłam. Cały las wypełnił mój zrozpaczony głos. Poczułam jak oplatają mnie silne ramiona.
- To tylko zły sen. - szeptał Aramis. - Wszystko będzie dobrze.
środa, 30 września 2015
Rozdział 41 "Chcę..."
Już 3 godzinę siedzę w swoim pokoju i nie mam zielonego pojecia, co ze sobą zrobić. Od 3 godzin mam też siostrę, albo brata. To totalnie egoistyczne z mojej strony, ale mam to gdzieś. Każdy normalny na moim miejscu na pewno by się cieszył. Problem w tym, że ja nie jestem normalna. Wróćmy do faktów. Moja mama urodziła i leży w pokoju, węgląc się, a nikt nie może nic z tym zrobić. Skoro oni nie wiedzą co robić, skąd ja mam?! Mam 16 lat! No w sumie to 3, ale według rozwoju to 16. I co każda 16 - latka by zrobiła? Co by zrobiła, gdyby zmuszona była siedzieć w pokoju, podczas gdy jej matka umiera obok po raz drugi? Naprawdę muszę ją stracić? Naprawdę? Czym sobie na to zasłużyłam? Co zrobiłam źle? Powoli wstałam i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i zeszłam na dół. Taty nigdzie nie było. Pewnie siedzi przy mamie. Tak bardzo ją kocha i musi ją stracić...
W salonie siedziała ciocia Rose. Z zawiniątkiem w rękach. Powoli podeszłam bliżej. W żółtym kocyku leżała dziewczynka. Miała czarne i gęste jak na niemowlaka włosy i brązowe oczy. Takie jak mamy. Był w nich ten sam błysk. Jednak przez chwile poczułam gniew? Gniew, że to małe stworzenie wyssało życie z mojej matki. Wiem, że to całkiem bezsensowne. Na szczęście zniknęło tak samo szybko, jak sie pojawiło.
- Chcesz ją na ręce? - ciocia Rose odwróciła się do mnie. Na jej twarzy widniał uśmiech. Lecz nie taki jak zwykle. Był smutny.
- Nie. - pokręciłam głową. Chciałam wyjść, ale po chwili usiadłam obok blondynki. - Jak ma na imię? - wskazałam na zawiniątko.
- Lettie.
- Lettie? - zmarszczyłam brwi.
- Nicolette.
- Oh. - kiwnęłam głową. - No tak. - powinnam była się domyślić. Mama nie raz opowiadała mi, że wahała się jak mnie nazwać. Dominica, czy Nicolette. Wygrała Dominica. Ciekawa jestem co by było, gdyby Lettie była chłopakiem. Nathaniel? Nicolas?
- Wiesz, że nie pozbyłaś się natręta? - zapytała po chwili ciocia.
- Co? - spojrzałam na nią.
- Ten tam...
- Tak? - uniosłam brew.
- No jak mu tam?
- Ale komu?
- Temu wampirowi.
- Aramis? - zapytałam znudzona.
- O właśnie. Siedzi przed domem i chyba nie ma zamiaru się ruszyć. - westchnęłam.
- Powinnam do niego pójść? - modliłam się, żeby ciocia powiedziała, że nie. Oczywiście wszyscy wiemy co powiedziała.
- Zdecydowanie. - kiwnęła głową. - Prawda Lettie? Prawda skarbie nasz mały? Tak? - pokręciłam głową i ruszyłam przed dom. Ciocia miała racje. Siedział zadowolony na schodach i... Chociaż nie. Zadowolony to on nie był. Wydawał się troszkę jakby zmartwiony.
- I jak? - szybko wstał i podszedł do mnie. Odruchowo cofnęłam się.
- Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. - wzruszyłam ramionami. Cały czas wpatrywałam się w swoje wytarte trampki. Nagle zawiał wiatr. Objęłam się obiema rękami. Po chwili poczułam lodowatą dłoń na swojej. Spodziewałam się, że odruchowo ją strząsnę. Jednak zamiast tego powoli podniosłam wzrok. Pragnęłam z całego serca utonąć w brązowych oczach... Czekoladową otchłań zastąpiło złoto. Kiedyś równie mi bliskie. Cofnęłam się i już nie czułam na sobie lodowatej dłoni.
- Nie powinieneś był tu przychodzić. - powiedziałam cicho.
- Chcę ci pomóc. - zaczął powoli. - Chcę być...
- Przestań!
- Daj mi dokończyć! Chce być blisko ciebie, chcę żebyś wiedziała, że masz we mnie oparcie, że zawsze ci pomogę... I nie chce nic w zamian. Nie oczekuje teraz, że wpadniesz mi w ramiona i będziemy parą. Wiem, że to niemożliwe. Tylko pozwól mi być blisko...
- Wiesz, że ile razy rozmawiam z tobą przypomina mi się rozmowa w czasie wesela i ... I pocałunek? - zapytałam.
- Ja..
- Teraz ty pozwól mi skończyć. Potraktowałam to jako wyznanie uczuć. Tuż po tym mówisz mi, że zjadłbyś człowieka. Kogoś, kim w połowie jestem. Czy twoim zdaniem wszystko tu gra? I... Tak, wiem. Już nie zabijasz. Ale mimo wszystko daj mi czas.
- Czyli? - zbliżył sie do mnie. - Dasz mi szanse? Zaczniemy od nowa?!
- Jak słusznie zauważyłeś parą nie będziemy. Przyjaciółmi tez od razu sie nie staniemy. Daj mi to przemyśleć, a może zaczniemy od dobrych znajomych.
- Tylko?
- Przepraszam. - wzruszyłam ramionami. - Nie mogę dać ci niczego więcej. Ale też nie zatrzymuje cie tu. To twoja decyzja. Zostań lub odejdź.
- Zostaję. - odpowiedział bez namysłu. - Choćbym miał na ciebie wieczność czekać, poczekam. - obiecał. - Poczekam. - uśmiechnął się. Z trudem odwzajemniłam uśmiech. Już wtedy bałam się, że będę żałować tego, co powiedziałam.
- Renesmee cie sprowadziła? - zapytałam.
- Masz niezastąpioną kuzynkę. - Zawiał jeszcze mocniejszy wiatr, a niebo momentalnie zasłoniły ciemne chmury. - Co to u licha.. - ja wiedziałam. Doskonale wiedziała co, raczej kto wywołał taką pogodę.
- Mama. - szepnęłam i pobiegłam na górę.
wtorek, 15 września 2015
Rozdział 40 "Gościa?"
- Powinnaś pójść się przespać. - powiedziała mama, głaszcząc mnie po ręce. Przesiedziałam tu pół dnia i całą noc. - Zmęczona na nic się nikomu nie zdasz.
- Nigdzie nie idę. - powiedziałam dobitnie.
- Niki, prześpij się, zjedz coś...
- Nie jestem ani głodna, ani... - przerwałam, ziewając.
- Śpiąca? - zapytała mama, śmiejąc się.
- Mhm... - pokiwałam głową.
- Można? - tata lekko uchylił drzwi.
- Jasne.
- Niki masz gościa.
- Gościa? - zmrużyłam brwi.
- Właściwie to gości. - poprawił się tata.
- No leć. - zachęciła mama. Powoli wstałam. Czy... Czy to możliwe, że Zayn, Niall, Louis, Liam i Harry wrócili? Czy może dowiedzieli się co się stało i przyjechali mnie wesprzeć? Tak, to bardzo w ich stylu. Pełna nadziei zbiegłam do drzwi. Wmurowało mnie w podłogę.
- Cześć. - złote oczy wpatrywały się we mnie tak samo jak zawsze. Mimo tego, że ostatnio były czarne. A uśmiech, ten sam uśmiech...
- Niespodzianka. - Renesmee z uśmiechem wzruszyła ramionami. Jej mina była strasznie niepewna. Spodziewa się pewnie, że będę krzyczeć i warczeć, a w najlepszym wypadku wyrzucę ich za drzwi.
- Co tu robisz? - stanęłam na przeciwko niego. Mój głos był nadzwyczaj opanowany. Sama nie wiem dlaczego. Może cała złość na Aramisa minęła? Może tak po prostu byłam gotowa mu wybaczyć? Czy ja właściwie miałam mu co wybaczać?
- Chyba przyjechałem do ciebie.
- Do mnie? - uniosłam brew. - A z jakiej to okazji? Zgłodniałeś?
- Od ponad roku pije krew zwierząt.
- No proszę. - pokiwałam głową z uznaniem. - A jednak można.
- To ja może... - Ness wskazała drzwi.
- Nigdzie nie idziesz. - powiedziałam surowo. - Chyba, że ze swoją niespodzianką.
- Zostanę. - Renesmee usiadła na schodach i zaczęła uważnie się nam przyglądać.
- Czemu mnie to nie dziwi... - szepnęłam z sarkazmem. - Po co tu przyjechałeś? - ponowiłam pytanie.
- Pomyślałem, że... - spuścił wzrok. - Właściwie to nie wiem co myślałem. - skierowałam zrezygnowane spojrzenie na Renesmee. Dobrze wiedziałam, że to jej sprawka. Ona oczywiście zaczęła oglądać swoje paznokietki.
- Oj przestań! - powiedziała w końcu. - Potrzebujesz kogoś bliskiego.
- Zgadzam się. - pokiwałam głową. - Potrzebuje rodziny, potrzebuje przyjaciół. Potrzebuje Zayn'a, Harry'ego, Liama, Louisa i Niall'a. - spojrzałam na Aramisa. - A nie mordercy.
- Czy do ciebie nic nie dociera?! - warknął wampir. - To dla ciebie się zmieniłem! Dla ciebie wyjechałem! Nie zabijam już! - pozostałam niewzruszona na te słowa. Nie wiem, co było prawdziwym celem jego przyjazdu.
- Mam być szczera? - uniosłam brew. - Zwisa mi to. - uśmiechnęłam sie triumfalnie. Aramis spuścił głowę. Już prawie było mi go żal. - To koniec tej wizyty.
- Chyba masz racje. - pokiwał głową. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Doskonale wiedziałam do kogo należał. Migiem znalazłam się przy drzwiach pokoju rodziców. Już chciałam wchodzić, ale przytrzymał mnie wujek Emmett.
- Puszczaj! - wrzasnęłam.
- W niczym im tam teraz nie pomożesz. - Esme jak zwykle spokojna wzięła moją twarz w obie dłonie i spojrzała mi głęboko w oczy. - Trzeba czekać. - wolno pokiwałam głową i usiadłam pod drzwiami. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, a zza drzwi dochodziły coraz to straszniejsze krzyki. W głowie siedziała mi tylko jedna myśl: Kiedy to się wszystko skończy?! Po 15 minutach drzwi się otworzyły i stanął w nich tata z zawiniątkiem w ręku. Może to egoistyczne i niestosowne, ale w tym czasie nic mnie to nie obchodziło. Chciałam wiedzieć co z mamą. Dlatego zignorowałam małego wampirka i przeszyłam tatę spojrzeniem.
- Co z mamą?! - zapytałam na jednym wydechu.
- Nie idź tam... - poprosił. Przecisnęłam się obok niego i weszłam do środka. Nad mamą stali dziadek, ciocia Bella, ciocia Rose i wujek Ed. Podeszłam bliżej. Oczy mamy były szeroko otwarte, lecz z każdą chwilą blakły. A jej skóra na brzuchu była rozcięta i... Czarna. Zwęglona. Od brzucha, w górę i w dół, wszystko zaczęło czernieć. Ona umierała, a jej rodzina tak po prostu stała i patrzyła.
- Ruszcie się! - warknęłam ze łzami w oczach. - Rose prawa ręka, Ed noga, dziadek lewa ręka, ciocia Bella lewa noga. Ja biorę szyje.
- Niki to nic nie da...- zaczęła ciocia Bella.
- Już! - warknęłam. Nikt więcej się nie sprzeciwiał. Każdy zaczął wstrzykiwać jad tam, gdzie kazałam. Nawet nie dostałam nagany za zwracanie sie do nich po imieniu. Miło. Dziwnie się czułam, zanurzając kły w szyi własnej matki. Gdy skończyliśmy mama co centymetr miała ślad po ugryzieniu.
- I co teraz? - zapytała ciocia Rose.
- Czekamy. - wzruszyłam ramionami.
- Jestem z ciebie dumny. - przytulił mnie dziadek.
- Nie mogłam pozwolić jej odejść ze świadomością, że mogłam cos jeszcze zrobić. - wyjaśniłam uśmiechając się przez łzy.
niedziela, 6 września 2015
Rozdział 39 "Jak długo jeszcze?"
Siedziałam
na mojej ulubionej łące i zastanawiałam się nad sensem życia.
Tydzień temu pogodziłam się z tatą, za to Ness dalej trzyma
złość. Fochnęła się i tyle. Usłyszałam czyjeś kroki.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. Dobrze wiedziałam kto
nadchodzi.
- Można? - zapytała Ruda.
- Jasne. - pokiwałam głową. Renesmee usiadła obok.
- Ładne widoczki. - powiedziała, nie patrząc na mnie.
- Też tak uważam. - uśmiechnęłam się.
- Słyszałam, że pogodziłaś się z rodzicami?
- Tak, ale mama mimo to dalej zachowuje się dziwnie. Praktycznie w ogóle nie wychodzi z pokoju i nie pozwala mi tam wchodzić. Nie wiem o co może chodzić... - Nessie długo milczała.
- Ty o niczym nie wiesz? - szepnęła w końcu.
- O czym mam wiedzieć? - spojrzałam na nią pytająco. Wyglądała, jakby za chwilę miała płakać.
- Chodź. - wstała szybko i wyciągnęła do mnie rękę. Ujęłam ją i podniosłam się. Ness zaprowadziła mnie do mojego domu. Weszła na górę, ja za nią. Cicho zapukała do pokoju moich rodziców.
- Wejdź Ness... - usłyszałam zachrypnięty głos mamy. Był słaby, bardzo słaby. Renesmee otworzyła drzwi i weszła. Ja za nią. To, co zobaczyłam zupełnie zbiło mnie z tropu. Mama leżała na łóżku, wyglądała jak trup. Miała wielki, naprawdę wielki brzuch... Z jej prawej dłoni wystawała igła. Wampir podłączony do kroplówki?
- C...Co to jest? - wskazałam na jej brzuch.
- Przepraszam... Miałam ci powiedzieć... - jej głos był taki cichy, kruchy...
- Co to jest? - powtórzyłam dobitnie.
- Twoja siostrzyczka... - szepnęła. Pokręciłam z niedowierzeniem głową. Przecież to niemożliwe.
- Jak..?
- Nikt nie przypuszczał, że historia z tobą się powtórzy. - wzruszyła ramionami.
- Kroplówka? - zapytałam, przenosząc wzrok na rurkę.
- Jad.
- Po co? - dalej nic nie rozumiałam. Skoro mama jest w ciąży powinna sie chyba cieszyć, prawda?
- Dominica... Nic nie zdarza sie dwa razy tak samo, kochana. - i wtedy mnie oświeciło. Zdałam sobie sprawę z tego, co mama powiedziała. Nic nie zdarza sie tak samo. Ten płód zabija mamę mimo wszystko. Nawet jad już jej nie pomaga. - Rozumiesz... - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Nie. Dziadek cie uratuje. Jak nie on to ktos inny. Wujek Edward, ciocia Alice. Ktokolwiek! Wyjmą to z ciebie! - wrzasnęłam.
- Nie chce tego. To dziecko przeżyje...
- Za cenę twojego życia. - powiedziałam przez łzy. Poczułam jak osuwam się na podłogę. Klęczałam na niej i płakałam.
- Nie płacz. - poprosiła mama. Słyszałam jakie ruchy wykonuje. Próbowała wstać, ale nawet na to była za słaba. To dziecko wysysało z niej wszystko. Tak samo... Jak ja kiedyś.
- Czemu ty też chcesz mnie zostawić? - zapytałam, podnosząc zapłakane oczy. Spojrzałam w oczy mamy. Niegdyś bijące złotym blaskiem, teraz szare, przygaśnięte.
- Nigdy cie nie zostawię. Zawsze będę z tobą. Wiesz, gdzie.
- Nie kłam! - zaniosłam się jeszcze większym płaczem. - Oni mówili to samo! Też obiecali! Nie ma ich! Zostawili mnie... - powoli sie podniosłam i podeszłam drzwi. Nawet nie zauważyłam, kiedy Ness opuściła pokój. - Robisz to samo... - wyszłam i natknęłam sie na tatę. Nagle skumulowała sie we mnie cała złość. Popchnęłam go z całej siły. Cofnął się o krok i przytrzymał mnie za ręce. - Ty jej to zrobiłeś! - krzyknęłam, patrząc prosto w jego oczy. Zbolałe, opuchnięte od płaczu oczy. - To twoja wina... - powiedziałam już ciszej.
- Ćśś... - uciszył mnie i przytulił mocno do siebie. Powoli zaczęłam się uspokajać. - Cichutko...
- Dlaczego ona chce nas zostawić? - załkałam. - Dlaczego?
- Pokochała dziecko, które jest w niej.
- Nawet go nie widziała.
- To samo było z tobą. - westchnął tata. - Wiedziała, że może umrzeć i nie bała się ryzyka. Dla ciebie. Jest gotowa to powtórzyć.
- Ale ja jej potrzebuje. Ty jej potrzebujesz. Wszyscy jej potrzebujemy... Nie stać nas na to, żeby ją stracić. - przytuliłam się do niego mocniej.
- Twoja mama jest i zawsze będzie z tobą, z nami. - jego łzy kapały mi po włosach. - Idź do niej. Ciesz sie tymi... Chwilami. - wiem co chciał powiedzieć. Ostatnimi chwilami. Pociągnęłam nosem i powolnym krokiem ruszyłam do pokoju rodziców. Położyłam sie obok mamy i bez słowa wtuliłam się w nią. Nie mogłam pojąć, dlaczego tracę wszystko i wszystkich, których kocham. Moje życie, kiedyś szczęśliwe, wali się jak parszywy domek z kart. Pamiętam, kiedy pierwszy raz ujrzałam Zayn'a. Pomyślałam wtedy, że jest całkiem niezły. Później mi się nie spodobał, jeszcze później go pokochałam i wiedziałam tyle: Nigdy nie przestałam. A mama? Te wszystkie chwile z nią. Rozmowy, śmiech, łzy, zabawa, krzyki niezrozumienia. Intrygi przeciw tacie. To tak bardzo ludzkie. A śmierć? Zupełnie nam obcą, a jednak tak bliska.
- Jak... - zapytałam cicho. - Jak długo jeszcze?
- Dwa, dwa albo trzy dni. Nie więcej. - to najgorsze słowa, jakie mogłam usłyszeć. Miałam stracić swoją matkę za dwa dni?! Tyle jeszcze przed nami doświadczeń, kłótni, zabawy, śmiechu. Miała stroić mnie do ślubu, pomóc dekorować nowy dom, pomóc w opiece nad dziećmi, spędzać wspólnie ze mną i z moją przyszłą rodziną święta. A teraz co? Zostawia mnie? Tak po prostu? Czym zawiniłam? Dlaczego to wszystko przytrafia sie mnie?! Co mam robić, by skończyć z tym nieszczęściem? Nie chce tak żyć. Świat normalnych ludzi jest inny. Mój mnie nienawidzi...
***
Tak więc.... Ten rozdział pisałam przy piosence Little Mix "Always be together" piękna piosenka. Aż się wzruszyłam :') No cóż.... Życzę miłego czytania :)
- Można? - zapytała Ruda.
- Jasne. - pokiwałam głową. Renesmee usiadła obok.
- Ładne widoczki. - powiedziała, nie patrząc na mnie.
- Też tak uważam. - uśmiechnęłam się.
- Słyszałam, że pogodziłaś się z rodzicami?
- Tak, ale mama mimo to dalej zachowuje się dziwnie. Praktycznie w ogóle nie wychodzi z pokoju i nie pozwala mi tam wchodzić. Nie wiem o co może chodzić... - Nessie długo milczała.
- Ty o niczym nie wiesz? - szepnęła w końcu.
- O czym mam wiedzieć? - spojrzałam na nią pytająco. Wyglądała, jakby za chwilę miała płakać.
- Chodź. - wstała szybko i wyciągnęła do mnie rękę. Ujęłam ją i podniosłam się. Ness zaprowadziła mnie do mojego domu. Weszła na górę, ja za nią. Cicho zapukała do pokoju moich rodziców.
- Wejdź Ness... - usłyszałam zachrypnięty głos mamy. Był słaby, bardzo słaby. Renesmee otworzyła drzwi i weszła. Ja za nią. To, co zobaczyłam zupełnie zbiło mnie z tropu. Mama leżała na łóżku, wyglądała jak trup. Miała wielki, naprawdę wielki brzuch... Z jej prawej dłoni wystawała igła. Wampir podłączony do kroplówki?
- C...Co to jest? - wskazałam na jej brzuch.
- Przepraszam... Miałam ci powiedzieć... - jej głos był taki cichy, kruchy...
- Co to jest? - powtórzyłam dobitnie.
- Twoja siostrzyczka... - szepnęła. Pokręciłam z niedowierzeniem głową. Przecież to niemożliwe.
- Jak..?
- Nikt nie przypuszczał, że historia z tobą się powtórzy. - wzruszyła ramionami.
- Kroplówka? - zapytałam, przenosząc wzrok na rurkę.
- Jad.
- Po co? - dalej nic nie rozumiałam. Skoro mama jest w ciąży powinna sie chyba cieszyć, prawda?
- Dominica... Nic nie zdarza sie dwa razy tak samo, kochana. - i wtedy mnie oświeciło. Zdałam sobie sprawę z tego, co mama powiedziała. Nic nie zdarza sie tak samo. Ten płód zabija mamę mimo wszystko. Nawet jad już jej nie pomaga. - Rozumiesz... - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Nie. Dziadek cie uratuje. Jak nie on to ktos inny. Wujek Edward, ciocia Alice. Ktokolwiek! Wyjmą to z ciebie! - wrzasnęłam.
- Nie chce tego. To dziecko przeżyje...
- Za cenę twojego życia. - powiedziałam przez łzy. Poczułam jak osuwam się na podłogę. Klęczałam na niej i płakałam.
- Nie płacz. - poprosiła mama. Słyszałam jakie ruchy wykonuje. Próbowała wstać, ale nawet na to była za słaba. To dziecko wysysało z niej wszystko. Tak samo... Jak ja kiedyś.
- Czemu ty też chcesz mnie zostawić? - zapytałam, podnosząc zapłakane oczy. Spojrzałam w oczy mamy. Niegdyś bijące złotym blaskiem, teraz szare, przygaśnięte.
- Nigdy cie nie zostawię. Zawsze będę z tobą. Wiesz, gdzie.
- Nie kłam! - zaniosłam się jeszcze większym płaczem. - Oni mówili to samo! Też obiecali! Nie ma ich! Zostawili mnie... - powoli sie podniosłam i podeszłam drzwi. Nawet nie zauważyłam, kiedy Ness opuściła pokój. - Robisz to samo... - wyszłam i natknęłam sie na tatę. Nagle skumulowała sie we mnie cała złość. Popchnęłam go z całej siły. Cofnął się o krok i przytrzymał mnie za ręce. - Ty jej to zrobiłeś! - krzyknęłam, patrząc prosto w jego oczy. Zbolałe, opuchnięte od płaczu oczy. - To twoja wina... - powiedziałam już ciszej.
- Ćśś... - uciszył mnie i przytulił mocno do siebie. Powoli zaczęłam się uspokajać. - Cichutko...
- Dlaczego ona chce nas zostawić? - załkałam. - Dlaczego?
- Pokochała dziecko, które jest w niej.
- Nawet go nie widziała.
- To samo było z tobą. - westchnął tata. - Wiedziała, że może umrzeć i nie bała się ryzyka. Dla ciebie. Jest gotowa to powtórzyć.
- Ale ja jej potrzebuje. Ty jej potrzebujesz. Wszyscy jej potrzebujemy... Nie stać nas na to, żeby ją stracić. - przytuliłam się do niego mocniej.
- Twoja mama jest i zawsze będzie z tobą, z nami. - jego łzy kapały mi po włosach. - Idź do niej. Ciesz sie tymi... Chwilami. - wiem co chciał powiedzieć. Ostatnimi chwilami. Pociągnęłam nosem i powolnym krokiem ruszyłam do pokoju rodziców. Położyłam sie obok mamy i bez słowa wtuliłam się w nią. Nie mogłam pojąć, dlaczego tracę wszystko i wszystkich, których kocham. Moje życie, kiedyś szczęśliwe, wali się jak parszywy domek z kart. Pamiętam, kiedy pierwszy raz ujrzałam Zayn'a. Pomyślałam wtedy, że jest całkiem niezły. Później mi się nie spodobał, jeszcze później go pokochałam i wiedziałam tyle: Nigdy nie przestałam. A mama? Te wszystkie chwile z nią. Rozmowy, śmiech, łzy, zabawa, krzyki niezrozumienia. Intrygi przeciw tacie. To tak bardzo ludzkie. A śmierć? Zupełnie nam obcą, a jednak tak bliska.
- Jak... - zapytałam cicho. - Jak długo jeszcze?
- Dwa, dwa albo trzy dni. Nie więcej. - to najgorsze słowa, jakie mogłam usłyszeć. Miałam stracić swoją matkę za dwa dni?! Tyle jeszcze przed nami doświadczeń, kłótni, zabawy, śmiechu. Miała stroić mnie do ślubu, pomóc dekorować nowy dom, pomóc w opiece nad dziećmi, spędzać wspólnie ze mną i z moją przyszłą rodziną święta. A teraz co? Zostawia mnie? Tak po prostu? Czym zawiniłam? Dlaczego to wszystko przytrafia sie mnie?! Co mam robić, by skończyć z tym nieszczęściem? Nie chce tak żyć. Świat normalnych ludzi jest inny. Mój mnie nienawidzi...
***
Tak więc.... Ten rozdział pisałam przy piosence Little Mix "Always be together" piękna piosenka. Aż się wzruszyłam :') No cóż.... Życzę miłego czytania :)
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Rozdział 38 " Nie pomyliłaś adresu?"
- Mamo czym jest kłamstwo? - zapytałam, wchodząc do pokoju rodzicielki. Podniosła wzrok znad książki i uważnie mi się przyjrzała.
- Naśmiewasz się ze mnie czy z siebie?
- Chcę tylko wiedzieć, co ty sądzisz o kłamaniu. - wzruszyłam ramionami i usiadłam na skraju łóżka.
- Zależy od sprawy. Kłamstwo jest złe, ale jeśli ma ocalić komuś życie, czy coś w tym stylu, nie waham się kłamać. - zapewniła.
- Świetnie, więc teraz powiedz tacie, żeby z łaski swojej przestał mnie okłamywać.
- O czym ty mówisz? - mama zmrużyła złote oczy.
- O rozmowie taty i dziadka. Tata nie chce mi powiedzieć o co chodzi. W każdym razie kłamie.
- Jeśli tata nie chce ci powiedzieć, to znaczy, że nie jest to sprawa dla ciebie.
- Ale w tej rozmowie była mowa o mnie! - podniosłam głos.
- Na Syberię cie ojciec nie wywiezie. Nie masz się o co martwić. A do nie swoich spraw, dobrze ci radzę, nie mieszaj się.
- Za kogo wy mnie do cholery uważacie?! - krzyknęłam wstając. - Chcę wiedzieć o co chodzi, jeśli dotyczy to mnie! To chyba jasne!
- Dominica uspokój się! - warknęła mama. Przyznaje, przestraszyłam się. Jeszcze nigdy nie podniosła na mnie głosu do tego stopnia. Cofnęłam się o krok. Mama natomiast wstała i rzuciła książkę na półkę. Nie powiem, było to trafne. Spojrzałam jej w oczy. Zaszły mgłą. W tym samym czasie na podwórku, w zaledwie kilka chwil, rozpętała się burza. - Nie mieszaj się w sprawy, które ciebie nie dotyczą. I nie podnoś więcej głosu. Z ojcem sama się dogaduj. To wasze kłótnie, których mam kompletnie dość! Na każdym kroku coś! Dziewczyno to twój ojciec! Szanuj go i ciesz się, że go masz! - wyminęła mnie i wyszła trzaskając drzwiami. Omal nie wyleciały z zawiasów.
- Pff.. - prychnęłam i wyszłam z pokoju. Z tego co zauważyłam w całym domu panowała dziwna atmosfera. Czyżby to przeze mnie? Postanowiłam pójść do jedynej osoby, która mi została. Ubrałam trampki i pobiegłam do domu Renesmee. Stojąc przed drzwiami, wzięłam głęboki oddech i podniosłam dłoń, by zapukać. Ktoś mnie uprzedził. Drzwi otworzyły się, stał w nich wujek Edward.
- Emm Cześć. - uśmiechnęłam się nieśmiało. - Jest może Ness?
- Jasne. - mrugnął do mnie. - Wchodź. - otworzył drzwi szerzej, dając mi znak, bym weszła. Powoli udałam sie w stronę pokoju Rudej. Weszłam bez pukania. Moja kuzynka siedziała na łóżku z laptopem na kolanach i słuchawkami w uszach. Podniosła wzrok. Delikatnie zamknęłam drzwi i podeszłam bliżej. Renesmee zsunęła słuchawki i uważnie mi się przyjrzała.
- Nie pomyliłaś adresu? - zapytała w końcu.
- Wydaje mi się, że dobrze trafiłam. - moje ręce powędrowały do kieszeni jeansów. Czułam wstyd. Nie do końca wiedziałam czemu. Byłam świadoma, że to częściowo przez moje ostatnie zachowanie, ale to nie było wszystko.
- Instytut zamknęli? - zadrwiła.
- Nie przypominaj. - poprosiłam. - Pokłóciłam się z mamą. Dziwnie się zachowuje..
- Poczekaj! - przerwała mi. - Nie sądzisz, że to nie fair?
- Co? - zmrużyłam oczy.
- Chcę ci pomóc, odtrącasz mnie. Wyciągam dłoń, ubliżasz mi i zwalasz całą winę na mnie. Teraz przychodzisz i wykładasz mi tu żale, bez choćby słowa przeprosin i wyjaśnienia.
- Przepraszam? - wymsknęło mi się.
- Nie. - odłożyła laptopa i słuchawki. - Ty.. Ty w ogóle nie wiesz o co mi chodzi.
- Masz racje. - kiwnęłam głową. - Więc proszę o wyjaśnienie.
- Skoro jesteś tak bystra, myślę że sama do tego dojdziesz.
- Renesmee proszę!
- Nie. - podeszła do mnie i podprowadziła mnie do drzwi. Otworzyła je, wypchnęła mnie i zatrzasnęła je z powrotem. Szłam przed siebie, aż doszłam do drzwi wejściowych. Rzuciłam ciche "Cześć" i ruszyłam dalej. Nie chciałam wracać do domu, więc włóczyłam się po lesie. W końcu przysiadłam na kamieniu. Wyjęłam telefon i wybrałam numer Zayn'a. Nie dzwoniłam do niego od dnia ich wyjazdu. Do żadnego z nich nie dzwoniłam. Oni do mnie też nie. Ciągle były tylko listy i SMS-y. Wpatrywałam się w jego zdjęcie. Zrobione w dzień urodzin Harry'ego. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi. I tym razem zabrakło mi odwagi. Wybrałam numer Liama i nacisnęłam ikonkę wiadomości.
Ty:
Hej Daddy! Co u ciebie?
Liam:
Cześć. Stare nudy jak zwykle. Chociaż nie... Siostra Louisa nas odwiedziła i ten chodzi cały nabuzowany. Bratersko- siostrzana miłość. 😄
Ty:
Hahahah. Rozumiem.
Liam:
A co u ciebie? Tylko szczerze! Mnie nie oszukasz 😉
Ty:
Jakoś nie mam ochoty o tym pisać, ani nawet myśleć.
Liam:
Nie dam ci spokoju.
Ty:
Kłócę się z wszystkimi dookoła, mama po raz pierwszy wydarła sie na mnie tak, że na dworze rozpętała się burza i teraz siedzę na mokrym kamieniu. Do tego Renesmee wyrzuciła mnie z domu, ojciec i dziadek mnie okłamują. Fajne wakacje, nie?
Liam:
Porozmawiaj z nimi. Innego ratunku nie ma. Nie możesz od tego uciec.
Ty:
Może masz rację.
Liam:
Ja zawsze mam rację. 😁
Ty:
No oczywiście Payno. Dzięki 😘
Liam:
Nie ma sprawy młoda.
Ty:
Staruch się znalazł😂 Dzięki kochany. Muszę już kończyć. Papa
Liam:
Nie ma za co 😊
Liam ma rację. Najpierw rozpaczam i robię wszędzie awantury, potem oczekuje pomocy. Coś ze mną nie tak. Mam jakieś wahania nastrojów. Co ja w ciąży? Trzeba to wszystko naprawić. I chyba wiem od kogo zacznę. Pędem ruszyłam do domu. Wpadłam do salonu, ale na horyzoncie nie było ani mamy, ani taty.
- Nie powinnaś tego robić! - usłyszałam krzyk taty.
- Ale zrobię! - warknęła mama.
- To nie tylko twoja decyzja! Ja też mam coś do powiedzenia!
- Już powiedziałeś. A ja się nie zgadzam Jacob! Rozumiesz?! NIE ZGADZAM! - byłam ciekawa dalszego rozwoju tej kłótni, więc cichutko usiadłam na schodach. Nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi.
- Nie rób mi tego! Ani Dominice!
- To nie ma z wami żadnego związku! Chociaż nie, z tobą ma... Ale decyzję już podjęłam. Przykro mi. - szybko wstałam i pobiegłam na górę. Mama akurat wyszła z pokoju. Chwilę mierzyłyśmy się spojrzeniami.
- Przepraszam! - wybuchłam szczerym płaczem. - Tak bardzo cię przepraszam. Żałuję każdego słowa! - mama bez słowa podeszła i mnie przytuliła.
- To nic, kochanie. To nic. To nie twoja wina. Uwierz, wiem co mówię. I... Obiecaj mi, że bez względu na to co się stanie, nie odwrócisz się od taty. - szeptała.
- Mamo, o czym ty mówisz?
- Nic, nic. Obiecujesz?
- No.. Tak, obiecuje. Ale powiedz o co chodzi.
- Nie naciskaj. Dowiesz się niedługo, tylko nie naciskaj. - westchnęłam i pokiwałam głową
piątek, 21 sierpnia 2015
Rozdział 37 "Carlisle?"
Wpadłam do domu jak oparzona.
- Gdzie jest dziadek? - krzyknęłam.
- Ma dyżur w szpitalu... - usłyszałam głos babci. Szybko wybiegłam z domu i ruszyłam w stronę szpitala. Na recepcji przywitała mnie wredna, sześćdziesięcioletnia baba.
- Dzień dobry. - uśmiechnęłam się sztucznie. - Ja do doktora Carlisle'a Cullen'a.
- Co ci dolega? - zapytała uważnie mi się przyglądając.
- Nic. Muszę pilnie porozmawiać ze swoim dziadkiem...
- Dziadkiem?
- Jestem adoptowaną córką jego adoptowanej córki. - wyjaśniłam.
- Renesmee? - kobieta zmarszczyła brwi.
- Dominica! - rzuciłam.
- Co się dzieje? - za mną zjawił się dziadek.
- Bogu dzięki, że jesteś. - odetchnęłam. - Musimy pilnie porozmawiać.
- Chodź. - lekarz uśmiechnął się i zaprowadził mnie do swojego gabinetu.
- Ta kobieta jest straszna... - zapewniłam, zamykając za sobą drzwi. - To prawda. - ukazał swoje lśniące zęby. - Co było tak ważne, że nie mogło poczekać do wieczora?
- Skup się proszę. - uprzedziłam. - Znasz może Andrew McCalisster'a, albo Emmanuel'a Rosev'a?
- Zanim ci odpowiem, bądź łaskawa wyjaśnić, po co ci to wiedzieć?
- Ciekawość? - mruknęłam.
- Za długo jesteś córką swojego ojca, żebym ci wierzył. O co chodzi?
- Najpierw obiecaj, że nikomu nie powiesz. - poprosiłam.
- Obiecuje. - położył prawą dłoń na sercu.
- Oni są tacy jak ja. - wyjaśniłam cicho. - Pół wampiry - pół wilki. Chce po prostu wiedzieć na czym stoję. Ile będę żyć. Jak oni sobie z tym radzą, bądź radzili. Rozumiesz?
- Rozumiem. - przytaknął. - Ale muszę cie rozczarować. Nie znam żadnego z nich.
- Pomyśl! - zaczęłam. - To dla mnie bardzo ważne.
- Niestety. - wzruszył ramionami. - Nie potrafię ci pomoc. Przykro mi.
- Nic, a nic? - upewniłam się.
- Niestety.
- No trudno. - wzruszyłam ramionami. - To cześć. - powoli ruszyłam w stronę wyjścia ze szpitala. Wygląda na to, że nici z moich planów. A już miałam nadzieję. Taką malutką, ale jednak. Wygląda na to, że do końca życia będę żyła w niewiedzy. Byłam tak pogrążona w myślach, że nie zauważyłam przechodnia. Potrąciłam go. Wylądował na ziemi. - Przepraszam! - powiedziałam i wyciągnęłam rękę, by pomóc nieznajomej wstać.
- Nie chciałam, przepraszam, zamyśliłam się...
- Nic się nie stało. - brunetka wstała i otrzepała się.
- Ja... - spojrzałam jej w twarz. Wydawała się znajoma. Te niebieskie oczy. Gdzieś już je widziałam. - My się znamy?
- Nie przypominam sobie. - dziewczyna obdarowała mnie uśmiechem. - Jestem Charlotte.
- Dominica. Jesteś stąd?
- Nie. - pokręciła głową. - Przyjechałam do rodziny. - wydawało mi się, że jest troszkę zmieszana.
- Może znam? - drążyłam. - To małe miasteczko. Wszyscy się znamy.
- Nie sądzę. - odpowiedziała szybko. - Wybacz, ale musze juz iść. Śpieszę się. Do zobaczenia.
- Cześć. - powiedziałam. Obie ruszyłyśmy w swoje strony. Dalej nie mogłam zapomnieć tych niebieskich tęczówek. Były takie znajome, zarazem bliskie. Postanowiłam pójść do Instytutu. Po prostu poczytać.
Byłam tak pochłonięta książkami, że nie zauważyłam późnej godziny. Szybko pobiegłam do domu. Cicho weszłam na górę.
- Nic jej nie powiedziałeś? - usłyszałam głos taty.
- Tak jak prosiłeś. - odparł dziadek. Ta rozmowa staje się coraz bardziej interesująca. - Moim zdaniem powinieneś jej powiedzieć.
- Jeszcze czego? Nie znasz mojej córki? Wpadnie na jakiś bezsensowny pomysł z wyjazdem do Europy.
- Czemu miałabym wyjechać do Europy? - zapytałam, wchodząc do pomieszczenia. Tata odwrócił się w moją stronę.
- Bo... - zaczął. - Ja.. Emm... Tego... No... Carlisle? - spojrzał znacząco na dziadka.
- Jane i Quil wyprowadzili się do Francji, a twój ojciec boi się, że będziesz chciała pojechać do nich. - wyjaśnił z uśmiechem.
- Aha? - czułam, że to nie jest prawda. - Nie musicie się obawiać. Quil potrafi być bardziej opiekuńczy niż ty tato. - ruszyłam do swojego pokoju. Wiedziałam, że dziadek kłamie. Dowiem się, o co tak naprawdę im chodzi. Oj dowiem sie...
- Gdzie jest dziadek? - krzyknęłam.
- Ma dyżur w szpitalu... - usłyszałam głos babci. Szybko wybiegłam z domu i ruszyłam w stronę szpitala. Na recepcji przywitała mnie wredna, sześćdziesięcioletnia baba.
- Dzień dobry. - uśmiechnęłam się sztucznie. - Ja do doktora Carlisle'a Cullen'a.
- Co ci dolega? - zapytała uważnie mi się przyglądając.
- Nic. Muszę pilnie porozmawiać ze swoim dziadkiem...
- Dziadkiem?
- Jestem adoptowaną córką jego adoptowanej córki. - wyjaśniłam.
- Renesmee? - kobieta zmarszczyła brwi.
- Dominica! - rzuciłam.
- Co się dzieje? - za mną zjawił się dziadek.
- Bogu dzięki, że jesteś. - odetchnęłam. - Musimy pilnie porozmawiać.
- Chodź. - lekarz uśmiechnął się i zaprowadził mnie do swojego gabinetu.
- Ta kobieta jest straszna... - zapewniłam, zamykając za sobą drzwi. - To prawda. - ukazał swoje lśniące zęby. - Co było tak ważne, że nie mogło poczekać do wieczora?
- Skup się proszę. - uprzedziłam. - Znasz może Andrew McCalisster'a, albo Emmanuel'a Rosev'a?
- Zanim ci odpowiem, bądź łaskawa wyjaśnić, po co ci to wiedzieć?
- Ciekawość? - mruknęłam.
- Za długo jesteś córką swojego ojca, żebym ci wierzył. O co chodzi?
- Najpierw obiecaj, że nikomu nie powiesz. - poprosiłam.
- Obiecuje. - położył prawą dłoń na sercu.
- Oni są tacy jak ja. - wyjaśniłam cicho. - Pół wampiry - pół wilki. Chce po prostu wiedzieć na czym stoję. Ile będę żyć. Jak oni sobie z tym radzą, bądź radzili. Rozumiesz?
- Rozumiem. - przytaknął. - Ale muszę cie rozczarować. Nie znam żadnego z nich.
- Pomyśl! - zaczęłam. - To dla mnie bardzo ważne.
- Niestety. - wzruszył ramionami. - Nie potrafię ci pomoc. Przykro mi.
- Nic, a nic? - upewniłam się.
- Niestety.
- No trudno. - wzruszyłam ramionami. - To cześć. - powoli ruszyłam w stronę wyjścia ze szpitala. Wygląda na to, że nici z moich planów. A już miałam nadzieję. Taką malutką, ale jednak. Wygląda na to, że do końca życia będę żyła w niewiedzy. Byłam tak pogrążona w myślach, że nie zauważyłam przechodnia. Potrąciłam go. Wylądował na ziemi. - Przepraszam! - powiedziałam i wyciągnęłam rękę, by pomóc nieznajomej wstać.
- Nie chciałam, przepraszam, zamyśliłam się...
- Nic się nie stało. - brunetka wstała i otrzepała się.
- Ja... - spojrzałam jej w twarz. Wydawała się znajoma. Te niebieskie oczy. Gdzieś już je widziałam. - My się znamy?
- Nie przypominam sobie. - dziewczyna obdarowała mnie uśmiechem. - Jestem Charlotte.
- Dominica. Jesteś stąd?
- Nie. - pokręciła głową. - Przyjechałam do rodziny. - wydawało mi się, że jest troszkę zmieszana.
- Może znam? - drążyłam. - To małe miasteczko. Wszyscy się znamy.
- Nie sądzę. - odpowiedziała szybko. - Wybacz, ale musze juz iść. Śpieszę się. Do zobaczenia.
- Cześć. - powiedziałam. Obie ruszyłyśmy w swoje strony. Dalej nie mogłam zapomnieć tych niebieskich tęczówek. Były takie znajome, zarazem bliskie. Postanowiłam pójść do Instytutu. Po prostu poczytać.
Byłam tak pochłonięta książkami, że nie zauważyłam późnej godziny. Szybko pobiegłam do domu. Cicho weszłam na górę.
- Nic jej nie powiedziałeś? - usłyszałam głos taty.
- Tak jak prosiłeś. - odparł dziadek. Ta rozmowa staje się coraz bardziej interesująca. - Moim zdaniem powinieneś jej powiedzieć.
- Jeszcze czego? Nie znasz mojej córki? Wpadnie na jakiś bezsensowny pomysł z wyjazdem do Europy.
- Czemu miałabym wyjechać do Europy? - zapytałam, wchodząc do pomieszczenia. Tata odwrócił się w moją stronę.
- Bo... - zaczął. - Ja.. Emm... Tego... No... Carlisle? - spojrzał znacząco na dziadka.
- Jane i Quil wyprowadzili się do Francji, a twój ojciec boi się, że będziesz chciała pojechać do nich. - wyjaśnił z uśmiechem.
- Aha? - czułam, że to nie jest prawda. - Nie musicie się obawiać. Quil potrafi być bardziej opiekuńczy niż ty tato. - ruszyłam do swojego pokoju. Wiedziałam, że dziadek kłamie. Dowiem się, o co tak naprawdę im chodzi. Oj dowiem sie...
czwartek, 13 sierpnia 2015
Rozdział 36 " Przecież nie kombinuje! "
Cały lipiec minął mi dość szybko. Ciągłe spanie i rozpaczanie zajmowało mi sporo czasu. W końcu wzięłam się w garść i postanowiłam coś ze sobą zrobić. Wstała z łóżka i podążyłam do łazienki. Przejrzałam się w lustrze. Nawet jak na trupa wyglądam masakrycznie. Doprowadziłam się do porządku i mozolnie zeszłam na dół.
- O, księżniczka zaszczyciła nas swoją obecnością. - rzucił wujek Emmett. Cała rodzina siedziała w salonie. Wszystkie spojrzenia były utkwione we mnie i wszystkie wyrażały współczucie. Odetchnęłam głęboko.
- Ciesz się, że masz zaszczyt być moim wujkiem. - wysiliłam się na uśmiech. - Mieć za siostrzenicę księżniczkę? To się nie często zdarza. Rodzinna narada i to beze mnie? - weszłam w głąb salonu.
- Tak sobie tylko siedzimy. - ciocia Alice wzruszyła ramionami. Nikt inny się nie odezwał.
- Okeey... - usiadłam na wolnym skrawku kanapy, obok dziadka. - Jakoś dziwnie się zachowujecie...
- My? - wujek Emmett sie roześmiał. - Dziewczyno, to ty od miesiąca chodzisz jak trup i albo śpisz, albo płaczesz w poduszkę.
- Może to dlatego, że w połowie jestem trupem, co? - warknęłam. - Nie zauważyłeś?! - rozejrzałam się po twarzach tu obecnych. - Co się z wami wszystkimi dzieje?! - wstałam.
- Proszę usiądź. - poprosiła babcia.
- Po co? - spojrzałam na nią. - Żeby wysłuchiwać tego, jak bardzo macie dość mojego dziecinnego zachowania i ciągłych kłótni z Renesmee? Znosić kazania, jaka to jestem, i pouczenia jaka powinnam być?! Kochana i dobra, jak Ness? Uśmiechnięta?! To powiem wam tyle, że powody, dla których uśmiechałam się każdego dnia od ucha do ucha już nie wrócą. Musicie się z tym pogodzić. - wzruszyłam ramionami. - Po prostu... - zacisnęłam zęby. - Traktujcie mnie jak powietrze. Tak będzie lepiej. Wy róbcie to, co robiliście dotychczas i mi pozwólcie siedzieć w pokoju i o nic nie pytajcie. - ruszyłam w stronę wyjścia. Nikt nawet mnie nie zatrzymywał. Tym lepiej. Niech oni żyją swoim własnym życiem. Ja mam swoje, chociaż nie... Mojego życia już nie ma. Jest tylko ślepa egzystencja. Ciekawa jestem jak długo będę chodzić po tym świecie. Przecież wilkołaki się starzeją. Co prawda powoli, ale jednak. Nie mogę być jedyną w swoim rodzaju. Ktoś musiał się urodzić taki, jak ja. Pół wilk - pół wampir. Stworzenie zrodzone z wampira i wilka. Tylko jak taką osobę odnaleźć?Poczułam wibracje w kieszeni. Wyjęłam telefon i odebrałam wiadomość.
- O, księżniczka zaszczyciła nas swoją obecnością. - rzucił wujek Emmett. Cała rodzina siedziała w salonie. Wszystkie spojrzenia były utkwione we mnie i wszystkie wyrażały współczucie. Odetchnęłam głęboko.
- Ciesz się, że masz zaszczyt być moim wujkiem. - wysiliłam się na uśmiech. - Mieć za siostrzenicę księżniczkę? To się nie często zdarza. Rodzinna narada i to beze mnie? - weszłam w głąb salonu.
- Tak sobie tylko siedzimy. - ciocia Alice wzruszyła ramionami. Nikt inny się nie odezwał.
- Okeey... - usiadłam na wolnym skrawku kanapy, obok dziadka. - Jakoś dziwnie się zachowujecie...
- My? - wujek Emmett sie roześmiał. - Dziewczyno, to ty od miesiąca chodzisz jak trup i albo śpisz, albo płaczesz w poduszkę.
- Może to dlatego, że w połowie jestem trupem, co? - warknęłam. - Nie zauważyłeś?! - rozejrzałam się po twarzach tu obecnych. - Co się z wami wszystkimi dzieje?! - wstałam.
- Proszę usiądź. - poprosiła babcia.
- Po co? - spojrzałam na nią. - Żeby wysłuchiwać tego, jak bardzo macie dość mojego dziecinnego zachowania i ciągłych kłótni z Renesmee? Znosić kazania, jaka to jestem, i pouczenia jaka powinnam być?! Kochana i dobra, jak Ness? Uśmiechnięta?! To powiem wam tyle, że powody, dla których uśmiechałam się każdego dnia od ucha do ucha już nie wrócą. Musicie się z tym pogodzić. - wzruszyłam ramionami. - Po prostu... - zacisnęłam zęby. - Traktujcie mnie jak powietrze. Tak będzie lepiej. Wy róbcie to, co robiliście dotychczas i mi pozwólcie siedzieć w pokoju i o nic nie pytajcie. - ruszyłam w stronę wyjścia. Nikt nawet mnie nie zatrzymywał. Tym lepiej. Niech oni żyją swoim własnym życiem. Ja mam swoje, chociaż nie... Mojego życia już nie ma. Jest tylko ślepa egzystencja. Ciekawa jestem jak długo będę chodzić po tym świecie. Przecież wilkołaki się starzeją. Co prawda powoli, ale jednak. Nie mogę być jedyną w swoim rodzaju. Ktoś musiał się urodzić taki, jak ja. Pół wilk - pół wampir. Stworzenie zrodzone z wampira i wilka. Tylko jak taką osobę odnaleźć?Poczułam wibracje w kieszeni. Wyjęłam telefon i odebrałam wiadomość.
Renesmee:
Znów strzelasz fochy?
O co poszło tym razem?
Chcesz porozmawiać?
Wiesz, gdzie mnie szukać...
Ty:
Odczep się!
Rensesmee:
Nie. Idę cię szukać.
Wiesz, ze prędzej, czy później cię znajdę.
Ty:
Odpieprz się ode mnie i od moich spraw!
Mam cię dosyć!
Chcesz się bawić w mamusię, to powiedz Lucas'owi,
a mi daj święty spokój.
Nikt cię o twoją "pomoc" nie prosił!!!
Wygląda na to, że przynajmniej chwilowo mam ją z głowy. Zadowolona schowałam telefon i ruszyłam w miejsce, które od dobrego miesiąca staje się dla mnie prawdziwym domem.
*
W Instytucie jak zwykle panował mrok. Skierowałam się do mojego ulubionego miejsca: biblioteki. Przechadzałam się po niej, czytając tabliczki przy każdym z regałów. "Anioły", "Demony", "Powstanie świata", "Listy Razjela"... Właściwie nie miałam pojęcia, czego szukam. Po chwili pewna półka przykuła moją uwagę. " Istoty pół - krwi "
- Bingo! - szepnęłam sama do siebie. Wyjęłam pierwszą książkę z brzegu. Wyglądała na taki, jakby spis... Tytuł pierwszego rozdział to "Pół - wampiry pół - ludzie". Kilka kartek dalej pod tytułem " Pół - czarodzieje pół - wampiry" widniały kolejne nazwiska. Wertowałam tak całą księgę, aż w końcu znalazłam "Pół - wampiry pół - wilkołaki" Widniały tam tylko cztery nazwiska. W tym ostatnie... moje? Przejechałam palcem po napisie. Wygląda na to, że ta książka sama się pisze? Przecież to niemożliwe... Z resztą. Na tym świecie chyba wszystko jest możliwe. Podsumowując mam nazwiska trzech osób, których w ogóle nie znam. I bardzo możliwe, że są porozrzucane na różnych kontynentach. Znam tylko dwie osoby, które mogą mi pomóc.
- W Biedronce mieszkasz? - rzucił. - Drzwi!
- Daruj sobie, nie jesteś u siebie. - warknęłam.
- Ty tez nie.
- Nie pyskuj do wyższych stopniem, Call. - wytknęłam na niego język.
- To, że jesteś córka Jacob'a nie zmienia faktu, że ja jestem jego ulubieńcem i zastępcą. - wyszczerzył się.
- Jak już trafnie zauważyłeś jestem jego córką i drugą najważniejszą osobą należąca do Czarnej Watahy, więc możesz mi buty czyścić. A co do zastępcy możesz być co najwyżej zastępcą mojego zastępcy, bo to ja jestem zastępcą taty...
- Pokaż mi to na papierku.
- Dobra, koniec zabawy. Gdzie dziadek?
- W garażu, a gdzie może być? - prychnął. - Młode, a głupie...
- Idiota... - syknęłam i pobiegłam do garażu. - Dziadku! - zawołałam, widząc tatę mojego taty, który rozmawiał o czymś z panem Charlie'm. - Cześć. - schowałam książkę za plecami.
- O! - policjant spojrzał na mnie. - Cześć Dominica. - w odpowiedzi posłałam mu nikły uśmiech.
- Miło cię widzieć. - dostrzegłam ciepło w oczach dziadka.
- To ja już... - komendant wskazał drzwi i wyszedł z pomieszczenia.
- Musisz mi pomóc... - wypaliłam. Szybko otworzyłam księgę na wcześniej zaznaczonej stronie. - Znasz któregoś z nich? Andrew McCalisster, Emmanuel Rosev, Elijah Wood? To bardzo ważne. Zastanów się.
- Elijah Wood... To kuzyn naszych przodków. Kuzyn mojego pradziada. Pochodził z linii Aetary.
- Cholera... Czyli nie żyje?
- Już ze dwieście lat. Tak właściwie, to po co ci te informacje?
- Czysta ciekawość... - mruknęłam.
- Myślę, że co do dwóch pozostałych, to Carlisle może coś wiedzieć. Leć do niego. - uśmiechnął się. - A jak już się dowiesz proszę nie kombinować i przyjść do mnie.
- Przecież nie kombinuje! - oburzyłam się.
- Moja droga wrodziłaś się w swojego tatę. On dzień w dzień przyciągał kłopoty. A teraz już biegnij.
- Dzięki, cześć. - pobiegłam do wyjścia ze szczerym uśmiechem na twarzy.
*
- Cześć dziadku! - wparowałam do domu dziadka, potykając się o własne nogi. Zatrzymałam się w małym salonie. Na kanapie siedział nie kto inny jak zadowolony Embry.- W Biedronce mieszkasz? - rzucił. - Drzwi!
- Daruj sobie, nie jesteś u siebie. - warknęłam.
- Ty tez nie.
- Nie pyskuj do wyższych stopniem, Call. - wytknęłam na niego język.
- To, że jesteś córka Jacob'a nie zmienia faktu, że ja jestem jego ulubieńcem i zastępcą. - wyszczerzył się.
- Jak już trafnie zauważyłeś jestem jego córką i drugą najważniejszą osobą należąca do Czarnej Watahy, więc możesz mi buty czyścić. A co do zastępcy możesz być co najwyżej zastępcą mojego zastępcy, bo to ja jestem zastępcą taty...
- Pokaż mi to na papierku.
- Dobra, koniec zabawy. Gdzie dziadek?
- W garażu, a gdzie może być? - prychnął. - Młode, a głupie...
- Idiota... - syknęłam i pobiegłam do garażu. - Dziadku! - zawołałam, widząc tatę mojego taty, który rozmawiał o czymś z panem Charlie'm. - Cześć. - schowałam książkę za plecami.
- O! - policjant spojrzał na mnie. - Cześć Dominica. - w odpowiedzi posłałam mu nikły uśmiech.
- Miło cię widzieć. - dostrzegłam ciepło w oczach dziadka.
- To ja już... - komendant wskazał drzwi i wyszedł z pomieszczenia.
- Musisz mi pomóc... - wypaliłam. Szybko otworzyłam księgę na wcześniej zaznaczonej stronie. - Znasz któregoś z nich? Andrew McCalisster, Emmanuel Rosev, Elijah Wood? To bardzo ważne. Zastanów się.
- Elijah Wood... To kuzyn naszych przodków. Kuzyn mojego pradziada. Pochodził z linii Aetary.
- Cholera... Czyli nie żyje?
- Już ze dwieście lat. Tak właściwie, to po co ci te informacje?
- Czysta ciekawość... - mruknęłam.
- Myślę, że co do dwóch pozostałych, to Carlisle może coś wiedzieć. Leć do niego. - uśmiechnął się. - A jak już się dowiesz proszę nie kombinować i przyjść do mnie.
- Przecież nie kombinuje! - oburzyłam się.
- Moja droga wrodziłaś się w swojego tatę. On dzień w dzień przyciągał kłopoty. A teraz już biegnij.
- Dzięki, cześć. - pobiegłam do wyjścia ze szczerym uśmiechem na twarzy.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Krótkie ogłoszenie..?
Nwm czy to ogłoszenie, ale raczej może... zaproszenie. O tak. To brzmi lepiej. A więc założyłam nowego bloga. Próbowałam pisać o czymś, nie związanym z nadnaturalnym światem, ale nie za dobrze mi to wyszło więc... Oto nowy blog z dodatkiem świata wampirów. Nie jest to jednak kontynuacja żadnej książki, czy też filmu. To taka inna historia, gdzie ewentualnie wystąpią nic nie znaczące powiązania z innym książkami. Jeśli ktoś z Was ma ochotę przeczytać, zapraszam Different
sobota, 8 sierpnia 2015
Rozdział 35 " Wyjechał przez nas "
_Oczami Renesmee_
- Myślisz, że to dobry ruch? - zapytał Lucas, gdy właśnie kończyłam pisać list do Aramisa.
- Nie myślę. - odwróciłam się do niego, machając kopertą. - Ja to wiem. - uśmiechnęłam się zwycięsko.
- Wydaje mi się, że już dość namieszaliśmy w ich życiu. To, co powiedzieliśmy, co się stało...
- Luke! - przerwałam mu, wstając. - Uwierz, że robimy to tylko i wyłącznie dla ich dobra.
- Aramisa i Niki. - kiwnął głową. - Co z Zayn'em?
- Jeśli mam być szczera, to ten facet mi zwisa i powiewa. Przykro mi, ale taka prawda. Próbowałam go polubić, ale się nie udało. Dlatego dobrze, że wyjechał.
- Wyjechał przez nas.
- Wyjechał przez samego siebie. Nie trzeba było rozkochiwać w sobie Niki. A teraz koniec tego tematu. Dawaj tu tą twoją sowę i niech zaniesie to Aramisowi.
- No dobrze. - wstał i otworzył klatkę białej sowy. Przywiązał jej kopertę do nóżki. Po chwili ptak opuścił dom Lucasa.
- Niebawem wszystko się ułoży. - powiedziałam, przytulając się do mojego ukochanego.
_ Oczami Niki_
Tik, tak. Tik, tak. TIK, TAK!
Ten cholerny czas leci, a ja dalej stoję w miejscu! Rozmyślam i coraz to bardziej pogłębiam się w smutku i rozpaczy. Może by tak gdzieś wyjść? Tylko gdzie? Do miejsca, które tak bardzo nie boli. Jest szczęśliwe, mimo wspomnień związanych z Nimi. Nagle w mojej głowie pojawił się pomysł. Instytut. To tam poraz pierwszy poznałam ich historię. To tam dowiedziałam się jakimi ludźmi są. Tam widziałam ich prawdziwe oblicza. Zabrałam telefon i wybiegłam z domu, rzucając tylko szybkie 'Wychodzę'. Biegłam ile sił w nogach do miejsca, w którym wszystko naprawdę się rozpoczęło. Stanęłam przed gmachem Instytutu. Nie tracąc ani chwili pchnęłam ogromne drzwi. Żadnych czarów, zabezpieczeń. Wygląda na to, że gdy znikają Nocni Łowcy, ich magia znika razem z nimi.
Znalazłam się na środku wielkiego holu, znajomego holu. W środku było ciemno, ale ja nie potrzebowałam światła. Powoli ruszyłam do pokoju Liam'a. Otworzyłam drzwi i tylko zerknęłam. Zostały piękne, rzeźbione ornamenty, lecz zniknęła dusza tego pokoju. Zahaczyłam tez o pokój Niall'a. Uroczego blondyna. Czerwień, która kiedyś jarzyła się swoim blaskiem, wyblakła. Portrety na ścianach pokoju Lou zniknęły, tak samo jak puszyste poduchy z łóżka Hazzy. Jako ostatni znów zwiedziłam pokój Zayn'a. Podeszłam do biurka i otworzyłam jedyną szufladę. To, co tam zobaczyłam, troszkę mnie zdziwiło. Plik kopert. Wzięłam pierwszą z góry. Była otwarta
Wyciągnęłam list i zaczęłam czytać na głos:
- Zayn, pozwolisz że daruje sobie zwroty grzecznościowe, chce przejść do rzeczy. Odwal się od mojej kuzynki raz na zawsze. Ona będzie żyć szczęśliwie z Aramisem, a ty nie powinieneś mieszać w ich życiu. - szybko wzięłam kolejną kartkę. - Nie rozumiesz, jak bardzo się o nią martwię? Nie chce, żeby przeżywała twoją śmierć, kiedy te twoje demony cie ukatrupią... Jesteś nikim. - nie mogłam dalej przez to przebrnąć. Wzięłam te dwie kartki ze sobą i ruszyłam do biblioteki. Zgarnęłam pierwsze pięć książek z półki i udałam się do wyjścia. Pędem pobiegłam do domu Ness.
- Jest Ness?! - wpadłam do kuchni.
- Akurat wróciła od Lucasa. - ciocia Bella wskazała kciukiem pokój Rudej.
- Co to jest?! - wysyczałam, rzucając jej te dwa listy przed twarz.
- Niki ja...
- No? - uniosłam brew. - Co masz ma swoje usprawiedliwienie?! Słucham?!
- Chciałam dobrze. Nie miałam zamiaru patrzeć jak przez niego cierpisz.
- Cierpię? - krzyknęłam. - Dziewczyno on mnie uszczęśliwiał! To ty wszystko spieprzyłaś!
- Uszczęśliwiał?! - warknęła i podeszła do mnie. - Spójrz jak ty wyglądasz! Teraz dopiero cierpisz! To przed takim stanem chciałam cie uchronić!
- To ty mnie do niego doprowadziłaś!
- Wiesz, że to nieprawda. - jej głos był już całkiem opanowany. - To oni zostawili cie samą, bez słowa wyjaśnienia, bez jakiejkolwiek pomocy. Całkiem samą. Na pastwę losu. Spójrz prawdzie w oczy . Tylko ja ci zostałam. - wsłuchałam się w jej słowa i doszłam do wniosku, że ma racje. Tylko ona mi została. Nie mogę stracić i jej. Najzwyczajniej w świecie wpadłam w jej ramiona i zaczęłam płakać jak małe dziecko.
- Będzie dobrze słyszysz? - szeptała mi do ucha. - Tylko pozwól mi działać.
- Działać? - spjrzałam na nią.
- Pozwól mi sprowadzić tu Aramisa z powrotem.
- Nie! - odsunęłam się od niej. - Jak długo możesz wałkować ten sam temat?
- Ale...
- Nie! Niepotrzebnie przyszłam. - zaczęłam kierować się w stronę drzwi.
- Poczekaj! - chwyciła mnie za rękę. - Nie kłóćmy się.
- Gdyby nie twoje wybryki, żadnych kłótni by nie było. - wyrwałam jej rękę.
- To teraz to moja wina?
- Mniej więcej. - kiwnęłam głową.
- Dobrze, nieważne. Tylko odpowiedz mi na jedno pytanie.
- Jakie? - westchnęłam.
- Czemu nie chcesz pozwolić mu na powrót? Czego tak bardzo się boisz?
- Daj spokój. - odwróciłam się.
- Czego? - krzyknęła.
- Zawodu. - szepnęłam. - Kolejnych rozczarowań i bólu nie do ukojenia. - dokończyłam i wyszłam.
niedziela, 2 sierpnia 2015
Rozdział 34 "Ty się nigdy nie odczepisz!"
Od dwóch tygodni moje życie to istna rutyna. Pobudka, list do chłopaków, jedzenie i spanie. I tak w kółko. Od wyjazdu jeszcze ani razu nie zadzwoniłam do żadnego z nich. Boję się usłyszeć głos, mając świadomość, że być może już nigdy nie usłyszę jego właściciela. Właśnie leżałam na łóżku, gdy do pokoju wszedł tata. Zamknął drzwi i usiadł na rogu.
- Co się z tobą dzieje? - zapytał. - Od dwóch tygodni zachowujesz się jak zombie. Jesz i pijesz tylko z konieczności. Nigdzie nie wychodzisz. Masz wakacje. Wyjdź gdzieś z Ness. Wypruwa sobie żyły, wymyślając różne atrakcje, a ty tylko...
- Jeśli znów masz zamiar rozczulać się nad tym, jaka to ja jestem zła, a Renesmee wspaniała, to lepiej wyjdź. - odwróciłam się tak, że leżałam teraz na brzuchu.
- Martwię się o ciebie. Mama też. Czemu nie chcesz ze mną o tym porozmawiać? - pogłaskał mnie po włosach. - Przecież kiedyś byliśmy tak blisko.
- Nie zrozumiesz. - wzruszyłam ramionami, nadal wtulając się w poduszkę.
- Chociaż spróbuje. - spojrzałam na tatę, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. W sumie to nie mam nic do stracenia. Opowiedziałam mu wszystko. Nic nie pomijałam. Nawet walki w lesie.
- Bałaś się, że nie zrozumiem. - zaczął, gdy ze łzami w oczach skończyłam mówić o pustce, jaką czuję. - Doskonale wiem, co teraz czujesz.
- Jak to? - wtuliłam się w niego mocniej.
- Twoja mama i ja. Nie od razu byliśmy cudowną parą...
- Wyjaśnij... - zachęciłam. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiałam z rodzicami jak to z nimi było. Nic nie wiedziałam.
- Twoja mama od drugiej gimnazjum miała chłopaka. Ben'a. Bardzo się kochali. Natomiast ja i mama byliśmy tylko przyjaciółmi. Była mi siostrą. Potem zjawili się Cullen'owie. Jeszcze wtedy miałem ich za wrogów. Twoja mama zaprzyjaźniła się z nimi. Bałem się o nią, dlatego próbowałem przemówić jej do rozsądku, aby trzymała się od nich z daleka. Problem w tym, że byłem pozbawiony kilku argumentów. Mianowicie nie mogłem powiedzieć "Uważaj, to wampiry! Chwila nieuwagi i wyssą ci krew!". Twoja mama, jak wiesz, to uparta istota. Zerwaliśmy ze sobą kontakt. Byłem wtedy w rozsypce. Zachowywałem się jak ty, albo i gorzej. Wtedy zjawiła się ciocia Bella. Wmówiłem sobie, że ją kocham. Jednak nie było to prawdą. Twoja mama została przemieniona przez James'a. Tego samego, który polował na ciocie Bellę. James twoją mamę zmienił, a jej ukochanego zabił. Przeżywała to bardzo mocno. Tego wieczora, kiedy to się stało Ben odprowadzał ją do domu. Natknęli się na głodnego James'a. Potem znalazł ich Edward. W czasie kiedy twoja mama przeżywała stratę Ben'a, miłość Edwarda i Belli kwitła. Podczas bitwy z Victorią zostałem ranny. To doskonale pamiętasz, bo ciągle mi wypominasz. Kiedy połamany leżałem w łóżku twoja mama przychodziła do mnie. I tak odbudowaliśmy nasze relacje, był ślub i ty.
- Jaki z tego morał?
- Taki, że prawdziwej miłości nie zniszczy choćby nie wiem jak długa rozłąka. - ucałował mnie w czubek głowy. - Chociaż wolałbym, żebyś chłopców zostawiła w spokoju na jeszcze tak z 20 lat..
- Tato...
- Dobrze, dobrze. 10?
- Nie. - zaśmiałam się. To chłopcy zostawili mnie...
- Uparta jesteś.
- Jak mama. - wzruszyłam ramionami.
- Jake! Jacob!! - usłyszeliśmy z dołu krzyk mamy.
- O! O wampirze mowa.. - westchnął tata. - Ciekawe, co znów zrobiłem. - mruknął i pobiegł do mamy.
- Ty! - do pokoju wpadła Ness. Liczyłam na chwilę spokoju, a tu proszę. Nic z tego.
- Ja. Dominica Veronica Black. Co dalej? - zapytałam poirytowana i opadłam na łóżko.
- Przeczytaj choć jeden! - poprosiła Ruda i położyła obok mnie kolejny stos listów. - Jeden... - pisnęła.
- Potem dasz mi spokój ?! - warknęłam. Kiwnęła głową. Sięgnęłam po pierwszy list z góry.
Aramis
- Zadowolona? - spojrzałam na Ness, gdy skończyłam czytać te wypociny. Zgniotłam kartkę i wrzuciłam do śmietnika.
- Ej! - spojrzała na mnie jak na idiotkę. - Co ty wyrabiasz?
- Wyrzucam śmieci.
- Odpisz mu.
- Nie!
- Odpisz, to się odczepię.
- Ha ha ha... Ty się nigdy nie odczepisz. - powiedziałam poważnie.
- Obiecuję, że ja już nie będę do niego pisać. Tylko ty odpisz. - poprosiła.
- Kartkę... - wycedziłam. Renesmee otworzyła szufladę biurka i wyjęła pierwszą, lepszą kartkę oraz długopis. Przez chwilę zastanawiałam się, co mu napisać. Prawdę? W końcu wyskrobałam COŚ. Ale nie wiem, czy można to nazwać listem.
- Co się z tobą dzieje? - zapytał. - Od dwóch tygodni zachowujesz się jak zombie. Jesz i pijesz tylko z konieczności. Nigdzie nie wychodzisz. Masz wakacje. Wyjdź gdzieś z Ness. Wypruwa sobie żyły, wymyślając różne atrakcje, a ty tylko...
- Jeśli znów masz zamiar rozczulać się nad tym, jaka to ja jestem zła, a Renesmee wspaniała, to lepiej wyjdź. - odwróciłam się tak, że leżałam teraz na brzuchu.
- Martwię się o ciebie. Mama też. Czemu nie chcesz ze mną o tym porozmawiać? - pogłaskał mnie po włosach. - Przecież kiedyś byliśmy tak blisko.
- Nie zrozumiesz. - wzruszyłam ramionami, nadal wtulając się w poduszkę.
- Chociaż spróbuje. - spojrzałam na tatę, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. W sumie to nie mam nic do stracenia. Opowiedziałam mu wszystko. Nic nie pomijałam. Nawet walki w lesie.
- Bałaś się, że nie zrozumiem. - zaczął, gdy ze łzami w oczach skończyłam mówić o pustce, jaką czuję. - Doskonale wiem, co teraz czujesz.
- Jak to? - wtuliłam się w niego mocniej.
- Twoja mama i ja. Nie od razu byliśmy cudowną parą...
- Wyjaśnij... - zachęciłam. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiałam z rodzicami jak to z nimi było. Nic nie wiedziałam.
- Twoja mama od drugiej gimnazjum miała chłopaka. Ben'a. Bardzo się kochali. Natomiast ja i mama byliśmy tylko przyjaciółmi. Była mi siostrą. Potem zjawili się Cullen'owie. Jeszcze wtedy miałem ich za wrogów. Twoja mama zaprzyjaźniła się z nimi. Bałem się o nią, dlatego próbowałem przemówić jej do rozsądku, aby trzymała się od nich z daleka. Problem w tym, że byłem pozbawiony kilku argumentów. Mianowicie nie mogłem powiedzieć "Uważaj, to wampiry! Chwila nieuwagi i wyssą ci krew!". Twoja mama, jak wiesz, to uparta istota. Zerwaliśmy ze sobą kontakt. Byłem wtedy w rozsypce. Zachowywałem się jak ty, albo i gorzej. Wtedy zjawiła się ciocia Bella. Wmówiłem sobie, że ją kocham. Jednak nie było to prawdą. Twoja mama została przemieniona przez James'a. Tego samego, który polował na ciocie Bellę. James twoją mamę zmienił, a jej ukochanego zabił. Przeżywała to bardzo mocno. Tego wieczora, kiedy to się stało Ben odprowadzał ją do domu. Natknęli się na głodnego James'a. Potem znalazł ich Edward. W czasie kiedy twoja mama przeżywała stratę Ben'a, miłość Edwarda i Belli kwitła. Podczas bitwy z Victorią zostałem ranny. To doskonale pamiętasz, bo ciągle mi wypominasz. Kiedy połamany leżałem w łóżku twoja mama przychodziła do mnie. I tak odbudowaliśmy nasze relacje, był ślub i ty.
- Jaki z tego morał?
- Taki, że prawdziwej miłości nie zniszczy choćby nie wiem jak długa rozłąka. - ucałował mnie w czubek głowy. - Chociaż wolałbym, żebyś chłopców zostawiła w spokoju na jeszcze tak z 20 lat..
- Tato...
- Dobrze, dobrze. 10?
- Nie. - zaśmiałam się. To chłopcy zostawili mnie...
- Uparta jesteś.
- Jak mama. - wzruszyłam ramionami.
- Jake! Jacob!! - usłyszeliśmy z dołu krzyk mamy.
- O! O wampirze mowa.. - westchnął tata. - Ciekawe, co znów zrobiłem. - mruknął i pobiegł do mamy.
- Ty! - do pokoju wpadła Ness. Liczyłam na chwilę spokoju, a tu proszę. Nic z tego.
- Ja. Dominica Veronica Black. Co dalej? - zapytałam poirytowana i opadłam na łóżko.
- Przeczytaj choć jeden! - poprosiła Ruda i położyła obok mnie kolejny stos listów. - Jeden... - pisnęła.
- Potem dasz mi spokój ?! - warknęłam. Kiwnęła głową. Sięgnęłam po pierwszy list z góry.
Droga Dominico!
Siedzę dalej w tej mojej rodzinnej dziurze, która zwała się kiedyś Twierdzą Muszkieterów. Teraz przechrzczono ją na Twierdze D'Artagnan'a, sam nie wiem czemu. Moim zdaniem to Atos był najlepszym szermierzem z nas. Nikt nie mógł mu dorównać.
Wracając...
Siedzę sobie tutaj, od czasu do czasu poluje na niedźwiedzie. Żyć nie umierać. Jeśli można tak powiedzieć.
Wychowałem się tutaj, więc miło tak wrócić do rodzinnych stron. Pamiętam, że gdy jeszcze byłem 16-letnim chłopcem, wyobrażałem sobie siebie za parędziesiąt lat. Obok mnie piękna żona, biegające dzieci, albo i wnuki. Nikłe marzenia... Skończyłem jako wiecznie młody, samotny wampir. Ciekawe, co?
Jak co dzień ciekaw jestem, co u ciebie? Jak ci się układa z Wayn'em? Wreszcie odnalazłaś szczęście? Mam taką nadzieje. Wiem, że robię to w każdym liście, bo wciąż mam nadzieje. Proszę. Odpisz Niki. Napisz, jak się czujesz, co u ciebie słychać.
Na wieczność twój.
Aramis
- Zadowolona? - spojrzałam na Ness, gdy skończyłam czytać te wypociny. Zgniotłam kartkę i wrzuciłam do śmietnika.
- Ej! - spojrzała na mnie jak na idiotkę. - Co ty wyrabiasz?
- Wyrzucam śmieci.
- Odpisz mu.
- Nie!
- Odpisz, to się odczepię.
- Ha ha ha... Ty się nigdy nie odczepisz. - powiedziałam poważnie.
- Obiecuję, że ja już nie będę do niego pisać. Tylko ty odpisz. - poprosiła.
- Kartkę... - wycedziłam. Renesmee otworzyła szufladę biurka i wyjęła pierwszą, lepszą kartkę oraz długopis. Przez chwilę zastanawiałam się, co mu napisać. Prawdę? W końcu wyskrobałam COŚ. Ale nie wiem, czy można to nazwać listem.
Cześć!
Prosiłeś, wielokrotnie prosiłeś, o odpowiedź. Oto ona. Chcę, żebyś wiedział, że przeczytałam tylko jeden z twoich listów. Jak się za pewne domyślasz, pod przymusem Renesmee. A właśnie, A propos Renesmee. Z łaski swojej przestań z nią knuć, dobrze? Będę bardzo wdzięczna. Teraz odpowiem na twoje pytania: U mnie wszystko dobrze. Z Zayn'em układa mi się rewelacyjnie. Odnalazłam szczęście BEZ ciebie i mam nadzieje, że tak zostanie. (Nie bierz tego do siebie... Albo bierz. Jak chcesz.) Czuję się świetnie. To tyle. Z pewnością słyszałeś już o tej całej historii z Wyrocznią. Wiedz, że mimo wszystko nie traktuje tego poważnie. Zniknąłeś z mojego życia i zostańmy przy tym. Tak będzie lepiej. Nie pisz już, proszę.
Dominica
***
No i wracam do Was z kolejnym rozdziałem. Dziś akurat mam paskudny humor, więc wczułam się bardziej w sytuację Niki i stworzyłam krótki filmik. Mam nadzieję, że przybliży on Wam jej uczucia. To chyba tyle... Miłego czytania i oglądania ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)


