wtorek, 13 października 2015

Rozdział 42 " Co znaczy już?"

- Ja muszę tam wejść!,- krzyczałam do wujka Jaspera, ale on jakby nie słyszał moich próśb. Dalej trzymał mnie w żelaznym uścisku. Poczułam falę miłego ciepła, które rozchodziło się po całym moim ciele. - Nie chce być spokojna! Wsadź se ten spokój! - warknęłam i zacisnęłam paznokcie na przedramieniu blondyna.
- Nie pomożesz im już. - powiedział opanowany. Na chwilę przestałam się szamotać.
- Już? - zmarszczyłam brwi. - Co znaczy już? - spojrzałam w złote oczy wujka. Milczał. - Co znaczy już?! - powiedziałam nieco głośniej. Dalej nic. Usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Stanęła w nich ciocia Bella.
- Znaczy, że już za... Za późno... - w tej chwili poczułam jak miękną mi kolana. Wszystko co działo się wkoło straciło sens. Aramis czekający w pokoju, ciocia Rose z Lettie na rękach. Już nic się nie liczyło, bo Jej nie ma. . Odeszła. Zostawiła mnie. Osunęłam się na ziemię. Zaczęłam tępo wpatrywać się w ścianę. Moje oczy produkowały litry łez, a ja miałam to gdzieś. Nadal nie mogłam przetrawić tej informacji. Jej już nie ma. Nie wróci. Przede mną usiadła czarna postać. Zamrugałam kilka razy. Poczułam lodowatą dłoń na swojej. Bez słowa przytuliłam się do Aramisa. Nie obchodziło mnie już co było kiedyś. Potrzebowałam czyjegoś uścisku. Nie takiego, który powie nie płacz. Tylko takiego, który pozwoli mi płakać kilka godzin i nie puści już nigdy. Nie wiem jak długo siedzieliśmy pod tą ścianą. Godzinę? Dwie? A może dzień? 10 minut?
- Chcesz się z nią pożegnać? - zapytał cicho Aramis.
- Z czym? Zwęglonym popiołem? - usłyszałam głos wujka Emmetta. Zaniosłam się jeszcze większym płaczem. To tylko tyle z niej zostało?! Nic więcej?! Tylko na tyle zasłużyła po latach cierpień?! Nie dość, że straciła ukochanego Bena, przez długi czas żyła sama, z dala od prawdziwej rodziny, na 3 lata zyskała mnie i tatę, a teraz już koniec?! To tym jest życie. Ciągłym katuszem, który wykorzystuje nas w każdym stopniu. Sprawdza ile każdy z nas może wycierpieć, po czym zostawia jako zwęglone, nic nie warte zwłoki?
- Muszę zadzwonić do Liama... - szepnęłam, odrywając głowę od klatki piersiowej Aramisa. - Gdzie mój telefon? - zapytałam, uderzając kieszenie swoich spodni. W końcu wyczułam mały prostokątny przedmiot. Drżącymi rękami wybrałam numer i przyłożyłam telefonów do ucha. Po chwili w słuchawce rozległ się głos. Niebiański głos pewnego bruneta.
- Tak? - zapytał.
- Cz... Cześć Li. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Cześć księżniczko. Miło w końcu cię usłyszeć. Masz jakąś sprawę? Czy dzwonisz, bo chcesz się z Lou i Nialla ponabijać?
- Właściwie to... - urwałam. Czy jest sens obarczać ich moimi problemami? Przecież mają własne. Demony i te sprawy... - Chciałam słyszeć twój głos. - pociągnęłam nosem. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam.
- Płaczesz?
- Mam katar. - wymusiłam śmiech, aby Liam już nie drążył tematu.
- To dobrze. - podsumował. - Myślałem, że może coś nie tak. - przełknęłam ślinę.
- Wybacz Li, ale muszę kończyć. Ma... Tata mnie woła.
- Zadzwoń jeszcze.
- Obiecuje. - uśmiechnęłam sie i nacisnęłam czerwony przycisk. Telefon powędrował do kieszeni.
- Czemu mu nie powiedziałaś? - Aramis podszedł i przytulił mnie.
-Mają własne problemy. - wzruszyłam ramionami. - Nie chce ich obarczac jeszcze swoimi. Ciebie tez nie. - Spojrzałam mu w oczy.
- Twój problem jest moim problemem. - wyszeptał mi we włosy
- I tak już zostanie.
- To miłe. - uśmiechnęłam się.
- To prawdziwe. Pamiętaj, że wampir zakochuje się raz na całe życie.


***


- Zayn! - biegłam przez las, nie mogąc złapać tchu. - Zayn! - wszędzie było ciemno, a ja mimo swojego wyczulonego wzroku słabo widziałam. - Odezwij się! Potrzebuje cię! Potrzebuje! - potknęłam się o kamień i wylądowałam na suchych liściach. Zaczęłam się czołgać.
- Niki?! - usłyszałam ten piękny głos Mulata. - Kocham cię! Pamiętaj! A teraz uciekaj! Bądź szczęśliwa!
- Zayn! - krzyknęłam na cały głos. Odpowiedziało mi krakanie ptaków. Nie miałam sił już dalej się czołgać. Po chwili dostrzegłam postać, wyłaniającą się z mroku. Zmrużyłam oczy.
- Lucas?! - zapytałam. Odpowiedział mi tylko nikły uśmiech. Po chwili obok niego pojawiła się Renesmee.
- To dla twojego dobra. -,szepnęła. Przed oczami ujrzałam martwe ciało Zayna.
- NIE!!! - krzyknęłam. Cały las wypełnił mój zrozpaczony głos. Poczułam jak oplatają mnie silne ramiona.
- To tylko zły sen. - szeptał Aramis. - Wszystko będzie dobrze.

środa, 30 września 2015

Rozdział 41 "Chcę..."


Już 3 godzinę siedzę w swoim pokoju i nie mam zielonego pojecia, co ze sobą zrobić. Od 3 godzin mam też siostrę, albo brata. To totalnie egoistyczne z mojej strony, ale mam to gdzieś. Każdy normalny na moim miejscu na pewno by się cieszył. Problem w tym, że ja nie jestem normalna. Wróćmy do faktów. Moja mama urodziła i leży w pokoju, węgląc się, a nikt nie może nic z tym zrobić. Skoro oni nie wiedzą co robić, skąd ja mam?! Mam 16 lat! No w sumie to 3, ale według rozwoju to 16. I co każda 16 - latka by zrobiła? Co by zrobiła, gdyby zmuszona była siedzieć w pokoju, podczas gdy jej matka umiera obok po raz drugi? Naprawdę muszę ją stracić? Naprawdę? Czym sobie na to zasłużyłam? Co zrobiłam źle? Powoli wstałam i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i zeszłam na dół. Taty nigdzie nie było. Pewnie siedzi przy mamie. Tak bardzo ją kocha i musi ją stracić...
 W salonie siedziała ciocia Rose. Z zawiniątkiem w rękach. Powoli podeszłam bliżej. W żółtym kocyku leżała dziewczynka. Miała czarne i gęste jak na niemowlaka włosy i brązowe oczy. Takie jak mamy. Był w nich ten sam błysk. Jednak przez chwile poczułam gniew? Gniew, że to małe stworzenie wyssało życie z mojej matki. Wiem, że to całkiem bezsensowne. Na szczęście zniknęło tak samo szybko, jak sie pojawiło.
- Chcesz ją na ręce? - ciocia Rose odwróciła się do mnie. Na jej twarzy widniał uśmiech. Lecz nie taki jak zwykle. Był smutny.
 - Nie. - pokręciłam głową. Chciałam wyjść, ale po chwili usiadłam obok blondynki. - Jak ma na imię? - wskazałam na zawiniątko.
- Lettie.
- Lettie? - zmarszczyłam brwi.
- Nicolette.
- Oh. - kiwnęłam głową. - No tak. - powinnam była się domyślić. Mama nie raz opowiadała mi, że wahała się jak mnie nazwać. Dominica, czy Nicolette. Wygrała Dominica. Ciekawa jestem co by było, gdyby Lettie była chłopakiem. Nathaniel? Nicolas?
- Wiesz, że nie pozbyłaś się natręta? - zapytała po chwili ciocia.
- Co? - spojrzałam na nią.
- Ten tam...
- Tak? - uniosłam brew.
- No jak mu tam?
- Ale komu?
- Temu wampirowi.
- Aramis? - zapytałam znudzona.
- O właśnie. Siedzi przed domem i chyba nie ma zamiaru się ruszyć. - westchnęłam.
- Powinnam do niego pójść? - modliłam się, żeby ciocia powiedziała, że nie. Oczywiście wszyscy wiemy co powiedziała.
- Zdecydowanie. - kiwnęła głową. - Prawda Lettie? Prawda skarbie nasz mały? Tak? - pokręciłam głową i ruszyłam przed dom. Ciocia miała racje. Siedział zadowolony na schodach i... Chociaż nie. Zadowolony to on nie był. Wydawał się troszkę jakby zmartwiony.
- I jak? - szybko wstał i podszedł do mnie. Odruchowo cofnęłam się.
- Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. - wzruszyłam ramionami. Cały czas wpatrywałam się w swoje wytarte trampki. Nagle zawiał wiatr. Objęłam się obiema rękami. Po chwili poczułam lodowatą dłoń na swojej. Spodziewałam się, że odruchowo ją strząsnę. Jednak zamiast tego powoli podniosłam wzrok. Pragnęłam z całego serca utonąć w brązowych oczach... Czekoladową otchłań zastąpiło złoto. Kiedyś równie mi bliskie. Cofnęłam się i już nie czułam na sobie lodowatej dłoni.
- Nie powinieneś był tu przychodzić. - powiedziałam cicho.
- Chcę ci pomóc. - zaczął powoli. - Chcę być...
- Przestań!
- Daj mi dokończyć! Chce być blisko ciebie, chcę żebyś wiedziała, że masz we mnie oparcie, że zawsze ci pomogę... I nie chce nic w zamian. Nie oczekuje teraz, że wpadniesz mi w ramiona i będziemy parą. Wiem, że to niemożliwe. Tylko pozwól mi być blisko...
- Wiesz, że ile razy rozmawiam z tobą przypomina mi się rozmowa w czasie wesela i ... I pocałunek? - zapytałam.
- Ja..
- Teraz ty pozwól mi skończyć. Potraktowałam to jako wyznanie uczuć. Tuż po tym mówisz mi, że zjadłbyś człowieka. Kogoś, kim w połowie jestem. Czy twoim zdaniem wszystko tu gra? I... Tak, wiem. Już nie zabijasz. Ale mimo wszystko daj mi czas.
- Czyli? - zbliżył sie do mnie. - Dasz mi szanse? Zaczniemy od nowa?!
- Jak słusznie zauważyłeś parą nie będziemy. Przyjaciółmi tez od razu sie nie staniemy. Daj mi to przemyśleć, a może zaczniemy od dobrych znajomych.
- Tylko?
- Przepraszam. - wzruszyłam ramionami. - Nie mogę dać ci niczego więcej. Ale też nie zatrzymuje cie tu. To twoja decyzja. Zostań lub odejdź.
- Zostaję. - odpowiedział bez namysłu. - Choćbym miał na ciebie wieczność czekać, poczekam. - obiecał. - Poczekam. - uśmiechnął się. Z trudem odwzajemniłam uśmiech. Już wtedy bałam się, że będę żałować tego, co powiedziałam.
- Renesmee cie sprowadziła? - zapytałam.
- Masz niezastąpioną kuzynkę. - Zawiał jeszcze mocniejszy wiatr, a niebo momentalnie zasłoniły ciemne chmury. - Co to u licha.. - ja wiedziałam. Doskonale wiedziała co,  raczej kto wywołał taką pogodę.
- Mama. - szepnęłam i pobiegłam na górę.

wtorek, 15 września 2015

Rozdział 40 "Gościa?"


- Powinnaś pójść się przespać. - powiedziała mama, głaszcząc mnie po ręce. Przesiedziałam tu pół dnia i całą noc. - Zmęczona na nic się nikomu nie zdasz.
- Nigdzie nie idę. - powiedziałam dobitnie.
- Niki, prześpij się, zjedz coś...
- Nie jestem ani głodna, ani... - przerwałam, ziewając.
- Śpiąca? - zapytała mama, śmiejąc się.
- Mhm... - pokiwałam głową.
- Można? - tata lekko uchylił drzwi.
- Jasne.
- Niki masz gościa.
- Gościa? - zmrużyłam brwi.
- Właściwie to gości. - poprawił się tata.
- No leć. - zachęciła mama. Powoli wstałam. Czy... Czy to możliwe, że Zayn, Niall, Louis, Liam i Harry wrócili? Czy może dowiedzieli się co się stało i przyjechali mnie wesprzeć? Tak, to bardzo w ich stylu. Pełna nadziei zbiegłam do drzwi. Wmurowało mnie w podłogę.
- Cześć. - złote oczy wpatrywały się we mnie tak samo jak zawsze. Mimo tego, że ostatnio były czarne. A uśmiech, ten sam uśmiech...
- Niespodzianka. - Renesmee z uśmiechem wzruszyła ramionami. Jej mina była strasznie niepewna. Spodziewa się pewnie, że będę krzyczeć i warczeć, a w najlepszym wypadku wyrzucę ich za drzwi.
- Co tu robisz? - stanęłam na przeciwko niego. Mój głos był nadzwyczaj opanowany. Sama nie wiem dlaczego. Może cała złość na Aramisa minęła? Może tak po prostu byłam gotowa mu wybaczyć? Czy ja właściwie miałam mu co wybaczać?
- Chyba przyjechałem do ciebie.
- Do mnie? - uniosłam brew. - A z jakiej to okazji? Zgłodniałeś?
- Od ponad roku pije krew zwierząt.
- No proszę. - pokiwałam głową z uznaniem. - A jednak można.
- To ja może... - Ness wskazała drzwi.
- Nigdzie nie idziesz. - powiedziałam surowo. - Chyba, że ze swoją niespodzianką.
- Zostanę. - Renesmee usiadła na schodach i zaczęła uważnie się nam przyglądać.
- Czemu mnie to nie dziwi... - szepnęłam z sarkazmem. - Po co tu przyjechałeś? - ponowiłam pytanie.
- Pomyślałem, że...  - spuścił wzrok. - Właściwie to nie wiem co myślałem. - skierowałam zrezygnowane spojrzenie na Renesmee. Dobrze wiedziałam, że to jej sprawka. Ona oczywiście zaczęła oglądać swoje paznokietki.
- Oj przestań! - powiedziała w końcu. - Potrzebujesz kogoś bliskiego.
- Zgadzam się. - pokiwałam głową. - Potrzebuje rodziny, potrzebuje przyjaciół. Potrzebuje Zayn'a, Harry'ego, Liama, Louisa i Niall'a. - spojrzałam na Aramisa. - A nie mordercy.
- Czy do ciebie nic nie dociera?! - warknął wampir. - To dla ciebie się zmieniłem!  Dla ciebie wyjechałem! Nie zabijam już! - pozostałam niewzruszona na te słowa. Nie wiem, co było prawdziwym celem jego przyjazdu.
- Mam być szczera? - uniosłam brew. - Zwisa mi to. - uśmiechnęłam sie triumfalnie. Aramis spuścił głowę. Już prawie było mi go żal. - To koniec tej wizyty.
- Chyba masz racje. - pokiwał głową. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Doskonale wiedziałam do kogo należał. Migiem znalazłam się przy drzwiach pokoju rodziców. Już chciałam wchodzić, ale przytrzymał mnie wujek Emmett.
- Puszczaj! - wrzasnęłam.
- W niczym im tam teraz nie pomożesz. - Esme jak zwykle spokojna wzięła moją twarz w obie dłonie i spojrzała mi głęboko w oczy. - Trzeba czekać. - wolno pokiwałam głową i usiadłam pod drzwiami. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, a zza drzwi dochodziły coraz to straszniejsze krzyki. W głowie siedziała mi tylko jedna myśl: Kiedy to się wszystko skończy?! Po 15 minutach drzwi się otworzyły i stanął w nich tata z zawiniątkiem w ręku. Może to egoistyczne i niestosowne, ale w tym czasie nic mnie to nie obchodziło. Chciałam wiedzieć co z mamą. Dlatego zignorowałam małego wampirka i przeszyłam tatę spojrzeniem.
- Co z mamą?! - zapytałam na jednym wydechu.
- Nie idź tam... - poprosił. Przecisnęłam się obok niego i weszłam do środka. Nad mamą stali dziadek, ciocia Bella, ciocia Rose i wujek Ed. Podeszłam bliżej. Oczy mamy były szeroko otwarte, lecz z każdą chwilą blakły. A jej skóra na brzuchu była rozcięta i... Czarna. Zwęglona. Od brzucha, w górę i w dół, wszystko zaczęło czernieć. Ona umierała, a jej rodzina tak po prostu stała i patrzyła.
- Ruszcie się! - warknęłam ze łzami w oczach. - Rose prawa ręka, Ed noga, dziadek lewa ręka, ciocia Bella lewa noga. Ja biorę szyje.
- Niki to nic nie da...- zaczęła ciocia Bella.
- Już! - warknęłam. Nikt więcej się nie sprzeciwiał. Każdy zaczął wstrzykiwać jad tam, gdzie kazałam. Nawet nie dostałam nagany za zwracanie sie do nich po imieniu. Miło. Dziwnie się czułam, zanurzając kły w szyi własnej matki. Gdy skończyliśmy mama co centymetr miała ślad po ugryzieniu.
- I co teraz? - zapytała ciocia Rose.
- Czekamy. - wzruszyłam ramionami.
- Jestem z ciebie dumny. - przytulił mnie dziadek.
- Nie mogłam pozwolić jej odejść ze świadomością, że mogłam cos jeszcze zrobić. - wyjaśniłam uśmiechając się przez łzy.

niedziela, 6 września 2015

Rozdział 39 "Jak długo jeszcze?"

Siedziałam na mojej ulubionej łące i zastanawiałam się nad sensem życia. Tydzień temu pogodziłam się z tatą, za to Ness dalej trzyma złość. Fochnęła się i tyle. Usłyszałam czyjeś kroki. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Dobrze wiedziałam kto nadchodzi.
- Można? - zapytała Ruda.
- Jasne. - pokiwałam głową. Renesmee usiadła obok.
- Ładne widoczki. - powiedziała, nie patrząc na mnie. 
- Też tak uważam. - uśmiechnęłam się.
- Słyszałam, że pogodziłaś się z rodzicami?
- Tak, ale mama mimo to dalej zachowuje się dziwnie. Praktycznie w ogóle nie wychodzi z pokoju i nie pozwala mi tam wchodzić. Nie wiem o co może chodzić... - Nessie długo milczała.
- Ty o niczym nie wiesz? - szepnęła w końcu. 
- O czym mam wiedzieć? - spojrzałam na nią pytająco. Wyglądała, jakby za chwilę miała płakać.
- Chodź. - wstała szybko i wyciągnęła do mnie rękę.  Ujęłam ją i podniosłam się. Ness zaprowadziła mnie do mojego domu. Weszła na górę, ja za nią. Cicho zapukała do pokoju moich rodziców. 
- Wejdź Ness... - usłyszałam zachrypnięty głos mamy. Był słaby, bardzo słaby. Renesmee otworzyła drzwi i weszła. Ja za nią. To, co zobaczyłam zupełnie zbiło mnie z tropu. Mama leżała na łóżku, wyglądała jak trup. Miała wielki, naprawdę wielki brzuch... Z jej prawej dłoni wystawała igła. Wampir podłączony do kroplówki?
- C...Co to jest? - wskazałam na jej brzuch. 
- Przepraszam... Miałam ci powiedzieć... - jej głos był taki cichy, kruchy...
- Co to jest? - powtórzyłam dobitnie.
- Twoja siostrzyczka... - szepnęła. Pokręciłam z niedowierzeniem głową. Przecież to niemożliwe.
- Jak..?
- Nikt nie przypuszczał, że historia z tobą się powtórzy. - wzruszyła ramionami.
- Kroplówka? - zapytałam, przenosząc wzrok na rurkę.
- Jad.
- Po co? - dalej nic nie rozumiałam. Skoro mama jest w ciąży powinna sie chyba cieszyć, prawda?
- Dominica... Nic nie zdarza sie dwa razy tak samo, kochana. - i wtedy mnie oświeciło. Zdałam sobie sprawę z tego, co mama powiedziała. Nic nie zdarza sie tak samo. Ten płód zabija mamę mimo wszystko. Nawet jad już jej nie pomaga. - Rozumiesz... - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Nie. Dziadek cie uratuje. Jak nie on to ktos inny. Wujek Edward, ciocia Alice. Ktokolwiek! Wyjmą to z ciebie! - wrzasnęłam. 
- Nie chce tego. To dziecko przeżyje...
- Za cenę twojego życia. - powiedziałam przez łzy. Poczułam jak osuwam się na podłogę. Klęczałam na niej i płakałam.
- Nie płacz. - poprosiła mama. Słyszałam jakie ruchy wykonuje. Próbowała wstać, ale nawet na to była za słaba. To dziecko wysysało z niej wszystko. Tak samo... Jak ja kiedyś.
- Czemu ty też chcesz mnie zostawić? - zapytałam, podnosząc zapłakane oczy. Spojrzałam w oczy mamy. Niegdyś bijące złotym blaskiem, teraz szare, przygaśnięte.
- Nigdy cie nie zostawię. Zawsze będę z tobą. Wiesz, gdzie.
- Nie kłam! - zaniosłam się jeszcze większym płaczem. - Oni mówili to samo! Też obiecali! Nie ma ich! Zostawili mnie... - powoli sie podniosłam i podeszłam drzwi. Nawet nie zauważyłam, kiedy Ness opuściła pokój. - Robisz to samo... - wyszłam i natknęłam sie na tatę. Nagle skumulowała sie we mnie cała złość. Popchnęłam go z całej siły. Cofnął się o krok i przytrzymał mnie za ręce. - Ty jej to zrobiłeś! - krzyknęłam, patrząc prosto w jego oczy. Zbolałe, opuchnięte od płaczu oczy. - To twoja wina... - powiedziałam już ciszej.
- Ćśś... - uciszył mnie i przytulił mocno do siebie. Powoli zaczęłam się uspokajać. - Cichutko...
- Dlaczego ona chce nas zostawić? - załkałam. - Dlaczego?
- Pokochała dziecko, które jest w niej.
- Nawet go nie widziała.
- To samo było z tobą. - westchnął tata. - Wiedziała, że może umrzeć i nie bała się ryzyka. Dla ciebie. Jest gotowa to powtórzyć.
- Ale ja jej potrzebuje. Ty jej potrzebujesz. Wszyscy jej potrzebujemy... Nie stać nas na to, żeby ją stracić. - przytuliłam się do niego mocniej.
- Twoja mama jest i zawsze będzie z tobą, z nami. - jego łzy kapały mi po włosach. - Idź do niej. Ciesz sie tymi... Chwilami. - wiem co chciał powiedzieć. Ostatnimi chwilami. Pociągnęłam nosem i powolnym krokiem ruszyłam do pokoju rodziców. Położyłam sie obok mamy i bez słowa wtuliłam się w nią. Nie mogłam pojąć, dlaczego tracę wszystko i wszystkich, których kocham. Moje życie, kiedyś szczęśliwe, wali się jak parszywy domek z kart. Pamiętam, kiedy pierwszy raz ujrzałam Zayn'a. Pomyślałam wtedy, że jest całkiem niezły. Później mi się nie spodobał, jeszcze później go pokochałam i wiedziałam tyle: Nigdy nie przestałam. A mama? Te wszystkie chwile z nią. Rozmowy, śmiech, łzy, zabawa, krzyki niezrozumienia. Intrygi przeciw tacie. To tak bardzo ludzkie. A śmierć? Zupełnie nam obcą, a jednak tak bliska.
- Jak... - zapytałam cicho. - Jak długo jeszcze?
- Dwa, dwa albo trzy dni. Nie więcej. - to najgorsze słowa, jakie mogłam usłyszeć. Miałam stracić swoją matkę za dwa dni?! Tyle jeszcze przed nami doświadczeń, kłótni, zabawy, śmiechu. Miała stroić mnie do ślubu, pomóc dekorować nowy dom, pomóc w opiece nad dziećmi, spędzać wspólnie ze mną i z moją przyszłą rodziną święta. A teraz co? Zostawia mnie? Tak po prostu? Czym zawiniłam? Dlaczego to wszystko przytrafia sie mnie?! Co mam robić, by skończyć z tym nieszczęściem? Nie chce tak żyć. Świat normalnych ludzi jest inny. Mój mnie nienawidzi...


***


Tak więc.... Ten rozdział pisałam przy piosence Little Mix "Always be together" piękna piosenka. Aż się wzruszyłam :') No cóż.... Życzę miłego czytania :)
 

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 38 " Nie pomyliłaś adresu?"


- Mamo czym jest kłamstwo? - zapytałam, wchodząc do pokoju rodzicielki. Podniosła wzrok znad książki i uważnie mi się przyjrzała.
- Naśmiewasz się ze mnie czy z siebie?
- Chcę tylko wiedzieć, co ty sądzisz o kłamaniu. - wzruszyłam ramionami i usiadłam na skraju łóżka.
- Zależy od sprawy. Kłamstwo jest złe, ale jeśli ma ocalić komuś życie, czy coś w tym stylu, nie waham się kłamać. - zapewniła.
- Świetnie, więc teraz powiedz tacie, żeby z łaski swojej przestał mnie okłamywać.
- O czym ty mówisz? - mama zmrużyła złote oczy.
- O rozmowie taty i dziadka. Tata nie chce mi powiedzieć o co chodzi. W każdym razie kłamie.
- Jeśli tata nie chce ci powiedzieć, to znaczy, że nie jest to sprawa dla ciebie.
- Ale w tej rozmowie była mowa o mnie! - podniosłam głos.
- Na Syberię cie ojciec nie wywiezie. Nie masz się o co martwić. A do nie swoich spraw, dobrze ci radzę, nie mieszaj się.
- Za kogo wy mnie do cholery uważacie?! - krzyknęłam wstając. - Chcę wiedzieć o co chodzi, jeśli dotyczy to mnie! To chyba jasne!
- Dominica uspokój się! - warknęła mama. Przyznaje, przestraszyłam się.  Jeszcze nigdy nie podniosła na mnie głosu do tego stopnia. Cofnęłam się o krok. Mama natomiast wstała i rzuciła książkę na półkę. Nie powiem, było to trafne. Spojrzałam jej w oczy. Zaszły mgłą. W tym samym czasie na podwórku, w zaledwie kilka chwil, rozpętała się burza. - Nie mieszaj się w sprawy, które ciebie nie dotyczą. I nie podnoś więcej głosu. Z ojcem sama się dogaduj. To wasze kłótnie, których mam kompletnie dość! Na każdym kroku coś! Dziewczyno to twój ojciec! Szanuj go i ciesz się, że go masz! - wyminęła mnie i wyszła trzaskając drzwiami. Omal nie wyleciały z zawiasów.
- Pff.. - prychnęłam i wyszłam z pokoju. Z tego co zauważyłam w całym domu panowała dziwna atmosfera. Czyżby to przeze mnie? Postanowiłam pójść do jedynej osoby, która mi została. Ubrałam trampki i pobiegłam do domu Renesmee. Stojąc przed drzwiami, wzięłam głęboki oddech i podniosłam dłoń, by zapukać. Ktoś mnie uprzedził. Drzwi otworzyły się, stał w nich wujek Edward.
- Emm Cześć. - uśmiechnęłam się nieśmiało. - Jest może Ness?
- Jasne. - mrugnął do mnie. - Wchodź. - otworzył drzwi szerzej, dając mi znak, bym weszła. Powoli udałam sie w stronę pokoju Rudej. Weszłam bez pukania. Moja kuzynka siedziała na łóżku z laptopem na kolanach i słuchawkami w uszach. Podniosła wzrok. Delikatnie zamknęłam drzwi i podeszłam bliżej. Renesmee zsunęła słuchawki i uważnie mi się przyjrzała.
- Nie pomyliłaś adresu? - zapytała w końcu.
- Wydaje mi się, że dobrze trafiłam. - moje ręce powędrowały do kieszeni jeansów. Czułam wstyd. Nie do końca wiedziałam czemu. Byłam świadoma, że to częściowo przez moje ostatnie zachowanie, ale to nie było wszystko.
- Instytut zamknęli? - zadrwiła.
- Nie przypominaj. - poprosiłam. - Pokłóciłam się z mamą. Dziwnie się zachowuje..
- Poczekaj! - przerwała mi. - Nie sądzisz, że to nie fair?
- Co? - zmrużyłam oczy.
- Chcę ci pomóc, odtrącasz mnie. Wyciągam dłoń, ubliżasz mi i zwalasz całą winę na mnie. Teraz przychodzisz i wykładasz mi tu żale, bez choćby słowa przeprosin i wyjaśnienia.
- Przepraszam? - wymsknęło mi się.
- Nie. - odłożyła laptopa i słuchawki.  - Ty.. Ty w ogóle nie wiesz o co mi chodzi.
- Masz racje. - kiwnęłam głową. - Więc proszę o wyjaśnienie.
- Skoro jesteś tak bystra, myślę że sama do tego dojdziesz.
- Renesmee proszę!
- Nie. - podeszła do mnie i podprowadziła mnie do drzwi. Otworzyła je, wypchnęła mnie i zatrzasnęła je z powrotem. Szłam przed siebie, aż doszłam do drzwi wejściowych. Rzuciłam ciche "Cześć" i ruszyłam dalej. Nie chciałam wracać do domu, więc włóczyłam się po lesie. W końcu przysiadłam na kamieniu. Wyjęłam telefon i wybrałam numer Zayn'a. Nie dzwoniłam do niego od dnia ich wyjazdu. Do żadnego z nich nie dzwoniłam. Oni do mnie też nie. Ciągle były tylko listy i SMS-y. Wpatrywałam się w jego zdjęcie. Zrobione w dzień urodzin Harry'ego. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi. I tym razem zabrakło mi odwagi. Wybrałam numer Liama i nacisnęłam ikonkę wiadomości.
Ty:
Hej Daddy! Co u ciebie?
Liam:
Cześć. Stare nudy jak zwykle. Chociaż nie... Siostra Louisa nas odwiedziła i ten chodzi cały nabuzowany. Bratersko- siostrzana miłość. 😄
Ty:
Hahahah. Rozumiem.
Liam:
A co u ciebie? Tylko szczerze! Mnie nie oszukasz 😉
Ty:
Jakoś nie mam ochoty o tym pisać, ani nawet myśleć.
Liam:
Nie dam ci spokoju.
Ty:
Kłócę się z wszystkimi dookoła, mama po raz pierwszy wydarła sie na mnie tak, że na dworze rozpętała się burza i teraz siedzę na mokrym kamieniu. Do tego Renesmee wyrzuciła mnie z domu, ojciec i dziadek mnie okłamują. Fajne wakacje, nie?
Liam:
Porozmawiaj z nimi. Innego ratunku nie ma. Nie możesz od tego uciec.
Ty:
Może masz rację.
Liam:
Ja zawsze mam rację. 😁
Ty:
No oczywiście Payno. Dzięki 😘
Liam:
Nie ma sprawy młoda.
Ty:
Staruch się znalazł😂  Dzięki kochany. Muszę już kończyć. Papa
Liam:
Nie ma za co 😊
Liam ma rację. Najpierw rozpaczam i robię wszędzie awantury, potem oczekuje pomocy. Coś ze mną nie tak. Mam jakieś wahania nastrojów.  Co ja w ciąży? Trzeba to wszystko naprawić. I chyba wiem od kogo zacznę. Pędem ruszyłam do domu. Wpadłam do salonu, ale na horyzoncie nie było ani mamy, ani taty.
- Nie powinnaś tego robić! - usłyszałam krzyk taty.
- Ale zrobię! - warknęła mama.
- To nie tylko twoja decyzja! Ja też mam coś do powiedzenia!
- Już powiedziałeś. A ja się nie zgadzam Jacob! Rozumiesz?! NIE ZGADZAM! - byłam ciekawa dalszego rozwoju tej kłótni, więc cichutko usiadłam na schodach. Nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi.
- Nie rób mi tego! Ani Dominice!
- To nie ma z wami żadnego związku! Chociaż nie, z tobą ma... Ale decyzję już podjęłam. Przykro mi. - szybko wstałam i pobiegłam na górę. Mama akurat wyszła z pokoju. Chwilę mierzyłyśmy się spojrzeniami.
- Przepraszam! - wybuchłam szczerym płaczem. - Tak bardzo cię przepraszam. Żałuję każdego słowa! - mama bez słowa podeszła i mnie przytuliła.
- To nic, kochanie. To nic. To nie twoja wina. Uwierz, wiem co mówię. I... Obiecaj mi, że bez względu na to co się stanie, nie odwrócisz się od taty. - szeptała.
- Mamo, o czym ty mówisz?
- Nic, nic. Obiecujesz?
- No.. Tak, obiecuje. Ale powiedz o co chodzi.
- Nie naciskaj. Dowiesz się niedługo, tylko nie naciskaj. - westchnęłam i pokiwałam głową

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 37 "Carlisle?"

Wpadłam do domu jak oparzona.
- Gdzie jest dziadek? - krzyknęłam.
- Ma dyżur w szpitalu... - usłyszałam głos babci. Szybko wybiegłam z domu i ruszyłam w stronę szpitala. Na recepcji przywitała mnie wredna, sześćdziesięcioletnia baba.
- Dzień dobry. - uśmiechnęłam się sztucznie. - Ja do doktora Carlisle'a Cullen'a.
- Co ci dolega? - zapytała uważnie mi się przyglądając.
- Nic. Muszę pilnie porozmawiać ze swoim dziadkiem...
- Dziadkiem?
- Jestem adoptowaną córką jego adoptowanej córki. - wyjaśniłam.
- Renesmee? - kobieta zmarszczyła brwi.
- Dominica! - rzuciłam.
- Co się dzieje? - za mną zjawił się dziadek.
- Bogu dzięki, że jesteś. - odetchnęłam. - Musimy pilnie porozmawiać.
- Chodź. - lekarz uśmiechnął się i zaprowadził mnie do swojego gabinetu.
- Ta kobieta jest straszna... - zapewniłam, zamykając za sobą drzwi. - To prawda. - ukazał swoje lśniące zęby. - Co było tak ważne, że nie mogło poczekać do wieczora?
- Skup się proszę. - uprzedziłam. - Znasz może Andrew McCalisster'a, albo Emmanuel'a Rosev'a?
- Zanim ci odpowiem, bądź łaskawa wyjaśnić, po co ci to wiedzieć?
- Ciekawość? - mruknęłam.
- Za długo jesteś córką swojego ojca, żebym ci wierzył. O co chodzi?
- Najpierw obiecaj, że nikomu nie powiesz. - poprosiłam.
- Obiecuje. - położył prawą dłoń na sercu.
- Oni są tacy jak ja. - wyjaśniłam cicho. - Pół wampiry - pół wilki. Chce po prostu wiedzieć na czym stoję. Ile będę żyć. Jak oni sobie z tym radzą, bądź radzili. Rozumiesz? 
- Rozumiem. - przytaknął. - Ale muszę cie rozczarować. Nie znam żadnego z nich.
- Pomyśl! - zaczęłam. - To dla mnie bardzo ważne.
- Niestety. - wzruszył ramionami. - Nie potrafię ci pomoc. Przykro mi.
- Nic, a nic? - upewniłam się.
- Niestety.
- No trudno. - wzruszyłam ramionami. - To cześć. - powoli ruszyłam w stronę wyjścia ze szpitala. Wygląda na to, że nici z moich planów. A już miałam nadzieję. Taką malutką, ale jednak. Wygląda na to, że do końca życia będę żyła w niewiedzy. Byłam tak pogrążona w myślach, że nie zauważyłam przechodnia. Potrąciłam go. Wylądował na ziemi. - Przepraszam! - powiedziałam i wyciągnęłam rękę, by pomóc nieznajomej wstać.
- Nie chciałam, przepraszam, zamyśliłam się...
- Nic się nie stało. - brunetka wstała i otrzepała się.
- Ja... - spojrzałam jej w twarz. Wydawała się znajoma. Te niebieskie oczy. Gdzieś już je widziałam. - My się znamy?
- Nie przypominam sobie. - dziewczyna obdarowała mnie uśmiechem. - Jestem Charlotte.
- Dominica. Jesteś stąd?
- Nie. - pokręciła głową. - Przyjechałam do rodziny. - wydawało mi się, że jest troszkę zmieszana.
- Może znam? - drążyłam. - To małe miasteczko. Wszyscy się znamy.
- Nie sądzę. - odpowiedziała szybko. - Wybacz, ale musze juz iść. Śpieszę się. Do zobaczenia.
- Cześć. - powiedziałam. Obie ruszyłyśmy w swoje strony. Dalej nie mogłam zapomnieć tych niebieskich tęczówek. Były takie znajome, zarazem bliskie. Postanowiłam pójść do Instytutu. Po prostu poczytać.


Byłam tak pochłonięta książkami, że nie zauważyłam późnej godziny. Szybko pobiegłam do domu. Cicho weszłam na górę.
- Nic jej nie powiedziałeś? - usłyszałam głos taty.
- Tak jak prosiłeś. - odparł dziadek. Ta rozmowa staje się coraz bardziej interesująca. - Moim zdaniem powinieneś jej powiedzieć.
- Jeszcze czego? Nie znasz mojej córki? Wpadnie na jakiś bezsensowny pomysł z wyjazdem do Europy.
- Czemu miałabym wyjechać do Europy? - zapytałam, wchodząc do pomieszczenia. Tata odwrócił się w moją stronę.
- Bo... - zaczął. - Ja.. Emm... Tego... No... Carlisle? - spojrzał znacząco na dziadka.
- Jane i Quil wyprowadzili się do Francji, a twój ojciec boi się, że będziesz chciała pojechać do nich. - wyjaśnił z uśmiechem.
- Aha? - czułam, że to nie jest prawda. - Nie musicie się obawiać. Quil potrafi być bardziej opiekuńczy niż ty tato. - ruszyłam do swojego pokoju. Wiedziałam, że dziadek kłamie. Dowiem się, o co tak naprawdę im chodzi. Oj dowiem sie...

czwartek, 13 sierpnia 2015

Rozdział 36 " Przecież nie kombinuje! "

Cały lipiec minął mi dość szybko. Ciągłe spanie i rozpaczanie zajmowało mi sporo czasu. W końcu wzięłam się w garść i postanowiłam coś ze sobą zrobić. Wstała z łóżka i podążyłam do łazienki. Przejrzałam się w lustrze. Nawet jak na trupa wyglądam masakrycznie. Doprowadziłam się do porządku i mozolnie zeszłam na dół.
- O, księżniczka zaszczyciła nas swoją obecnością. - rzucił wujek Emmett. Cała rodzina siedziała w salonie. Wszystkie spojrzenia były utkwione we mnie i wszystkie wyrażały współczucie. Odetchnęłam głęboko.
- Ciesz się, że masz zaszczyt być moim wujkiem. - wysiliłam się na uśmiech. - Mieć za siostrzenicę księżniczkę? To się nie często zdarza. Rodzinna narada i to beze mnie? - weszłam w głąb salonu.
- Tak sobie tylko siedzimy. - ciocia Alice wzruszyła ramionami. Nikt inny się nie odezwał.
- Okeey... - usiadłam na wolnym skrawku kanapy, obok dziadka. - Jakoś dziwnie się zachowujecie...
- My? - wujek Emmett sie roześmiał. - Dziewczyno, to ty od miesiąca chodzisz jak trup i albo śpisz, albo płaczesz w poduszkę.
- Może to dlatego, że w połowie jestem trupem, co? - warknęłam. - Nie zauważyłeś?! - rozejrzałam się po twarzach tu obecnych. - Co się z wami wszystkimi dzieje?! - wstałam.
- Proszę usiądź. - poprosiła babcia.
- Po co? - spojrzałam na nią. - Żeby wysłuchiwać tego, jak bardzo macie dość mojego dziecinnego zachowania i ciągłych kłótni z Renesmee? Znosić kazania, jaka to jestem, i pouczenia jaka powinnam być?! Kochana i dobra, jak Ness? Uśmiechnięta?! To powiem wam tyle, że powody, dla których uśmiechałam się każdego dnia od ucha do ucha już nie wrócą. Musicie się z tym pogodzić. - wzruszyłam ramionami. - Po prostu... - zacisnęłam zęby. - Traktujcie mnie jak powietrze. Tak będzie lepiej. Wy róbcie to, co robiliście dotychczas i mi pozwólcie siedzieć w pokoju i o nic nie pytajcie. - ruszyłam w stronę wyjścia. Nikt nawet mnie nie zatrzymywał. Tym lepiej. Niech oni żyją swoim własnym życiem. Ja mam swoje, chociaż nie... Mojego życia już nie ma. Jest tylko ślepa egzystencja. Ciekawa jestem jak długo będę chodzić po tym świecie. Przecież wilkołaki się starzeją. Co prawda powoli, ale jednak. Nie mogę być jedyną w swoim rodzaju. Ktoś musiał się urodzić taki, jak ja. Pół wilk - pół wampir. Stworzenie zrodzone z wampira i wilka. Tylko jak taką osobę odnaleźć?Poczułam wibracje w kieszeni. Wyjęłam telefon i odebrałam wiadomość.

Renesmee:
Znów strzelasz fochy?
 O co poszło tym razem? 
Chcesz porozmawiać? 
Wiesz, gdzie mnie szukać...

Ty:
 Odczep się! 

Rensesmee:
Nie. Idę cię szukać. 
Wiesz, ze prędzej, czy później cię znajdę. 

Ty: 
Odpieprz się ode mnie i od moich spraw!
Mam cię dosyć! 
Chcesz się bawić w mamusię, to powiedz Lucas'owi,
 a mi daj święty spokój.
Nikt cię o twoją "pomoc" nie prosił!!!


Wygląda na to, że przynajmniej chwilowo mam ją z głowy. Zadowolona schowałam telefon i ruszyłam w miejsce, które od dobrego miesiąca staje się dla mnie prawdziwym domem. 
 *
W Instytucie jak zwykle panował mrok. Skierowałam się do mojego ulubionego miejsca: biblioteki. Przechadzałam się po niej, czytając tabliczki przy każdym z regałów. "Anioły", "Demony", "Powstanie świata", "Listy Razjela"... Właściwie nie miałam pojęcia, czego szukam. Po chwili pewna półka przykuła moją uwagę. " Istoty pół - krwi "
- Bingo! - szepnęłam sama do siebie. Wyjęłam pierwszą książkę z brzegu. Wyglądała na taki, jakby spis... Tytuł pierwszego rozdział to "Pół - wampiry pół - ludzie". Kilka kartek dalej pod tytułem " Pół - czarodzieje pół - wampiry" widniały kolejne nazwiska. Wertowałam tak całą księgę, aż w końcu znalazłam "Pół - wampiry pół - wilkołaki" Widniały tam tylko cztery nazwiska. W tym ostatnie... moje? Przejechałam palcem po napisie. Wygląda na to, że ta książka sama się pisze? Przecież to niemożliwe... Z resztą. Na tym świecie chyba wszystko jest możliwe. Podsumowując mam nazwiska trzech osób, których w ogóle nie znam. I bardzo możliwe, że są porozrzucane na różnych kontynentach. Znam tylko dwie osoby, które mogą mi pomóc.
*
- Cześć dziadku! - wparowałam do domu dziadka, potykając się o własne nogi. Zatrzymałam się w małym salonie. Na kanapie siedział nie kto inny jak zadowolony Embry.
- W Biedronce mieszkasz? - rzucił. - Drzwi!
- Daruj sobie, nie jesteś u siebie. - warknęłam.
- Ty tez nie.
- Nie pyskuj do wyższych stopniem, Call. - wytknęłam na niego język.
- To, że jesteś córka Jacob'a nie zmienia faktu, że ja jestem jego ulubieńcem i zastępcą. - wyszczerzył się.
- Jak już trafnie zauważyłeś jestem jego córką i drugą najważniejszą osobą należąca do Czarnej Watahy, więc możesz mi buty czyścić. A co do zastępcy możesz być co najwyżej zastępcą mojego zastępcy, bo to ja jestem zastępcą taty...
- Pokaż mi to na papierku.
- Dobra, koniec zabawy. Gdzie dziadek?
- W garażu, a gdzie może być? - prychnął. - Młode, a głupie...
- Idiota... - syknęłam i pobiegłam do garażu. - Dziadku! - zawołałam, widząc tatę mojego taty, który rozmawiał o czymś z panem Charlie'm. - Cześć. - schowałam książkę za plecami.
- O! - policjant spojrzał na mnie. - Cześć Dominica. - w odpowiedzi posłałam mu nikły uśmiech.
- Miło cię widzieć. - dostrzegłam ciepło w oczach dziadka.
- To ja już... - komendant wskazał drzwi i wyszedł z pomieszczenia.
- Musisz mi pomóc... - wypaliłam. Szybko otworzyłam księgę na wcześniej zaznaczonej stronie. - Znasz któregoś z nich? Andrew McCalisster, Emmanuel Rosev, Elijah Wood? To bardzo ważne. Zastanów się.
- Elijah Wood... To kuzyn naszych przodków. Kuzyn mojego pradziada. Pochodził z linii Aetary.
- Cholera... Czyli nie żyje?
- Już ze dwieście lat. Tak właściwie, to po co ci te informacje?
- Czysta ciekawość... - mruknęłam.
- Myślę, że co do dwóch pozostałych, to Carlisle może coś wiedzieć. Leć do niego. - uśmiechnął się. - A jak już się dowiesz proszę nie kombinować i przyjść do mnie.
- Przecież nie kombinuje! - oburzyłam się.
- Moja droga wrodziłaś się w swojego tatę. On dzień w dzień przyciągał kłopoty. A teraz już biegnij.
- Dzięki, cześć. - pobiegłam do wyjścia ze szczerym uśmiechem na twarzy.