niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 47 "Nie mam litości dla wampirzyc"


Zapłakana wbiegłam do salonu. Napotkałam pytające spojrzenie mamy. Podeszła i mocno mnie przytuliła. Szybko opowiedziałam jej, co się stało.
- Zbieraj się. - nakazała. - Jasper pojedzie z tobą. Ja nie mogę, tata niech lepiej nie jedzie.
- Co? - podniosłam na nią zaczerwienione oczy.
- Nie możesz tak tego wszystkiego zostawić. Zdobądź ich adres. Dowiedz się, gdzie są.
- Jak to..?
- Jeśli to on jest twoją prawdziwą miłością, nie wolno ci zaprzepaścić szansy, by go odzyskać. Za dużo przeszłaś, kochanie. - pocałowała mnie w czoło i lekko popchnęła w stronę schodów.  Otarłam słone krople i wbiegłam do swojego pokoju. Wrzuciłam w torbę najpotrzebniejsze rzeczy i po chwili byłam znów na dole. Wujek Jasper stał i żegnał się z ciocią Alice.
- Uważajcie na siebie. - uśmiechnęła się do wujka.
- Wrócimy niedługo. - zapewnił i namiętnie pocałował ciocię. Uśmiechnęłam się, widząc ich szczęśliwych. Zakochanych po uszy. Poczułam, jak ktoś kładzie mi ręce na ramionach.
- Uważaj na siebie. I wróć szczęśliwa... A tatą się nie martw. Jakoś to załatwię.
***
- Po co tu przyjechaliśmy? - zapytał wujek, wskazując gmach Instytutu.
- Jakoś muszę ich znaleźć. - wzruszyłam ramionami. - Nie wolno im mówić, jak się dostać do Idrisu, a przypuszczam że właśnie tam są.
- Co to Idris?
- Ojczyzna Nocnych Łowców. - odetchnęłam i pchnęłam wielkie drzwi. Ta sama cisza. Te same ściany. Niegdyś tętniły życiem. A teraz? Od razu skierowałam się do biblioteki. Gorączkowo przeglądać przestarzały kufer z mapami. Jednak na żadnej z nich nie było tego, czego potrzebowałam. Zdenerwowana rzuciłam kolejnym zwojem za siebie. Wyciągnęłam wszystkie książki z regału "Idris". Nigdzie nie było mapy. Te księgi również wylądowały za mną.
- Hej! - najwyraźniej jedna z nich uderzyła w wujka Jaspera.
- Nie mam czasu! - warknęłam.
- Spójrz na to. - poprosił. Westchnęłam, ale odwróciłam się. Szybko wstałam. Przede mną stał chłopak, na oko w tym samym wieku, co Zayn. Na ciele miał pełno Znaków. Za nim świeciła wielka, jasna, błękitna kula. Za pewne brama.


 - Wampiry. - powiedział swoim niezwykle aksamitnym głosem. Nim się obejrzałam trzymał w dłoniach miecz. Wujek Jasper zasyczał i stanął przede mną. - Nie mam litości dla wampirzyc. - wujek bez słowa rzucił sie na chłopaka.
- Stójcie!!! - zawołałam, stając między nimi. Spodziewałam się, że oberwę mieczem i będzie po mnie. Jednak nie poczułam bólu, ani zapachu swojej własnej krwi. Zamiast tego szczęk krzyżowanych mieczy. Otworzyłam oczy, które szybciej mimowolnie zamknęłam. Ujrzałam kolejną złotą czupryne. Gdy Ktosiek się odwrócił ujrzałam lazurowe tęczówki.
- Niall! - krzyknęłam i przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam. Chłopak rzucił miecz i odwzajemnił uścisk. - Nareszcie... - wyszeptałam. Mogłam trwać w tych ramionach bez końca. Mój brat, moje szczęście, moja bratnia dusza...
- Ekhm... - przerwał nam drugi Nocny Łowca. - Będziesz łaskawy mi coś wyjaśnić? - skrzyżował ręce na piersi.
- To jest Dominica. Dominica i Jasper, to jest Jace. Mój kuzyn.
- Który próbował nas zabić. - dopowiedział wujek Jasper.
- A co ty byś zrobił na moim miejscu, widząc w Instytucie dwa wampiry?
- Porozmawiałbym. - rzucił Whitlock.
- Starczy. - przerwałam im. - Niall, muszę porozmawiać z Zayn'em. Koniecznie.
- Y... - zająknął się Irlandczyk. - Widzisz, to nie będzie takie proste. Właściwie to prawieże niemożliwe. - spojrzał na Jace'a. Ten tylko przecząco pokręcił głową.
- Niall, proszę. - spojrzałam na niego błagalnie. - Ta przepowiednia okazała się bzdurą. Kłamstwem Renesmee. Wiesz, co to znaczy? Ja i Zayn możemy być szczęśliwi. Nic już nie stoi nam na przeszkodzie. - z każdym słowem mój uśmiech się powiększał. Powoli sama zdałam sobie sprawę z tego, co mówię. W końcu będziemy razem, szczęśliwi.
- Ja... - Niall westchnął. - Wszystko rozumiem, naprawdę, ale jeśli Jace nie... Nie mogę was zabrać do Idrisu. Miasto, w którym przebywa Zayn, w którym aktualnie  mieszkamy, jest pilnie strzeżone. Jeśli cię tam zabiorę, mogą uruchomić się zaklęcia ochronne. Mogą cię złapać i...
- I zabić. - dokończył Jace.
- Musi być jakiś sposób. - złapałam Niall'a za ramiona. - Ja go kocham. - szepnęłam, patrząc mu w oczy. Niall przymknął powieki i głośno wypuścił powietrze. Odwrócił się w stronę swojego kuzyna.
- Jace, proszę. Potrzebuje twojej pomocy.
- Oszalałeś?! - warknął Jace. - Jeśli ktoś nas złapie, wtrącą nas do lochu!
- Znasz Zayn'a, widzisz jak się zachowuje, a ta... ta dziewczyna może dać mu szczęście. - powiedział, wskazując na mnie.
- Jeżeli to się nie uda...
- Ja go kocham! - krzyknęłam na kuzyna Horan'a. - Nigdy nie kochałeś?!


 - Zgoda. - powiedział w końcu. Na mojej i Niall'a twarzy zagościł szeroki uśmiech. Byłam tak szczęśliwa, że podbiegłam do Jace'a i go uściskałam. Gdy go puściłam był nieco zdezorientowany, ale po chwili uśmiechnął się lekko. - Ale nie możemy zabrać was dwóch.
- Z tym nie ma problemu. - zapewniłam, nie patrząc na wujka. - Tylko ja idę, jadę, cokolwiek.
- Lecisz. - mrugnął Jace.
- Zwariowałaś? - wujek stanął przede mną. - Twoja matka mnie zabije, jeżeli stawię się w domu bez ciebie. A o ojcu to już nie wspomnę. Wypatroszy mnie i powiesi moje zwłoki sikorkom na pożarcie.
- Oj, nie przesadzaj. Nie będzie tak źle.
- Nie żartuje.
- To poczekaj tutaj. - uśmiechnęłam się.
- A jak coś ci się stanie?
- Załatwimy jej godny pogrzeb. - wtrącił Jace. Niall zdzielił go po głowie.
- Zaufaj mi. - poprosiłam.
- Zajmę się nią. - obiecał Niall, podchodząc bliżej mnie.
- Uważaj na siebie. - mocno przytuliłam się do wujka, po czym wraz z Niall'em i Jace'm stanęłam przed Bramą.
- Załóż to. - Jace zdjął z siebie płaszcz i nałożył go na mnie. Naciągnął mi także kaptur. - Do nikogo się nie odzywaj, nie patrz nikomu w oczy. I... Niall, musimy obryzgać ją krwią. Inaczej Psy Łowieckie wyczują, że coś z nią nie tak.
- To nie będzie potrzebne. - uśmiechnęłam się zwycięsko. - Jestem pół wilkiem, więc płynie we mnie krew.
- No proszę. - Jace pokiwał głową. - a myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. A... - chłopak sięgnął po jeden ze swoich.. trzech, czterech.. sześciu mieczy i wręczył mi ten średniej długości. Wyciągnęłam po niego dłoń. - Nie! - krzyknął. - Oparzy cię. Pod żadnym pozorem go nie dotykaj. To Anielska stal. Unieś płaszcz. - Chłopak przewiązał mi miecz cieniutkim sznurkiem. - No. I pamiętaj. Żadnego kontaktu wzrokowego. - zastrzegł. - Jak nas wydasz... To będzie źle... - pokiwałam głową i wzięłam głęboki oddech.
- Idę do ciebie, Zayn... - szepnęłam i trzymając Jace'a i Niall'a za rękę wkroczyłam w błękitną kulę.

piątek, 20 listopada 2015

Rozdział 46 " Zełgałaś..."


Przez kilka ostatnich dni nie rozmawiałam ani z Aramisem, ani z Zayn'em. W moim życiu nastała taka niezręczna cisza. A ja stoję w jednym małym, ciasnym punkcie i nie mam pojęcia co zrobić. Miałam wybrać. I próbowałam to zrobić na wszelkie możliwe sposoby. Wypisałam na jednej kartce zalety i wady Aramisa, a na drugiej zalety i wady Zayna. Próbowałam wybrać tego, który ma ze mną więcej wspólnego. I co się okazuje? Wszyscy mamy tyle samo wspólnego. Potem wpadłam na pomysł, żeby wypisać ich imiona na kartce. Tego, którego wylosuje, uznam za bliższego sobie. Niedorzeczne, prawda? Losować miłość. Mimo wszystko los czasami nie pozostawia nam wyboru. Najlepsze jest to, że gdy wyciągnęłam karteczkę, okazało się że obie są ze sobą sklejone. Czyli co? Trójkącik? Taa... Ja i moje żałosne poczucie humoru. Umarłego bym z grobu wyrwała.
- Wszystkiego Najlepszego! - podniosłam głowę znad pamiętnika i widząc całą rodzinę w komplecie, zamknęłam go i wcisnęłam pod poduszkę.
- I tak sprawdzę. - mrugnął do mnie wujek Emmett.
- Z jakiej to okazji? - wskazałam na tort, ignorując uwagę o moim tajemnym zeszycie.
- Nie załamuj mnie. - poprosił wujek Edward.
- Masz dziś urodziny skarbie! - zawołała mama. A... No tak... Coś się faktycznie obiło o uszy. Powoli zesunęłam się z łóżka, oczywiście zrzucając przy tym długopis. Przygryzłam wargę, nie wiedząc co robić.
- Dziękuję? - zapytałam w końcu.
- To będzie dobre słowo. - przyznał wujek Emmett.
- Ems! - skarciła go mama.
- Naprawdę dziękuje, że pamiętaliście, że jesteście. - wysiliłam się na szczerszy uśmiech. - Kocham was! - zaczęłam przytulać się do każdego po kolei. Kogoś mi tu brakowało. Nie chodziło mi tylko o Zayn'a. Nie było tu też Aramisa, w sumie po ostatnim, to nie ma się co dziwić, ale myślałam, że się zjawi. Renesmee. To jej tu nie ma. Nie ma jej. Wujek Edward jakby wyczuł... co ja bredzę... przecież słyszał moje myśli. Gdy do niego podeszłam wręczył mi kartkę. Zgniotłam ją i włożyłam do kieszeni spodni.
- Idziemy jeść! - zarządził wujek Emmett.
- Tobie to i tak nie smakuje. - przypomniałam mu.
- Nie psuj mi chwili!

***

Po wysłuchaniu narzekań wujka Emmetta na to, że nie czuje wybitnego smaku tego bezowego tortu, wsłuchaniu się w prognozę pogody, czterogodzinnym graniu w PlayStation, wreszcie mogłam się wyrwać. I przeczytać kartkę od Ness.




Kochana przepraszam, że mnie dziś nie ma, ale mam pewne sprawy do załatwienia. Z Lucasem, więc sama rozumiesz. Wpadne jutro. Wszystkiego Najlepszego!




Z Lucasem. Pewnie się z nim pokłóciła. Najwyższy czas po prawie dwóch latach słodzenia sobie wzajemnie. Dalej nie wiem, co ona w nim widzi. I pewnie nigdy się nie dowiem. Mimo wszystko, jeśli Ness się z nim pokłóciła, to pewnie mnie potrzebuje. A ja nie mogę jej zawieźć. Nie mogę. Rzuciłam kartkę i wyskoczyłam przez balkon wprost na samochód wujka Emmetta. Miejmy nadzieje, że nie dowie się, kto zarysował jego "dziecko". W sumie, to taka minimalna, nic nie znaczącą ryska. Pobiegłam do domu Rudej i już po chwili stałam przed jej oknem. Usłyszałam podniesione głosy, więc schowałam się tak, by nie było mnie widać.
-... powinnaś jej o tym powiedzieć! - pewności nie miałam, ale wydawało mi się, że to głos Lucasa.
- Zgodzę się z Lusterkiem. - albo miałam jakieś omamy, albo był to Aramis. Tylko co on by tam robił? Zjednoczył się z Lucasem przeciw mojej kuzynce? To ci dopiero absurd. Usiadłam wygodniej na trawie. Byli tak zaabsorbowani swoimi krzykami, że nie zwracali uwagi na mój oddech. I dobrze. Miałam tą małą przewagę.
- Nie rozumiecie, że się o nią troszczę?! - Renesmee uniosła głos. Założę się, że jej twarz nabrała tej samej barwy, co włosy. - To wszystko dla niej!
- Nessie, wszystko rozumiem, ale... Kochanie, pozwól jej wybierać. Ma do tego prawo.
- A ty? - Ness znów zaczęła. To wszystko staje się coraz to bardziej interesujące. - A ty Aramis? Chcesz, żeby cię odrzuciła?
- Ona chce być szczęśliwa, k... kocha go i... Nic na to nie poradzi. Chciałaby przestać, ale nie potrafi. Skoro wybiera jego, ja chce być tylko jej przyjacielem.
- Wizja. - przypomniała Ness.
- Przestań pieprzyć! - warknął Aramis. - I ty wiesz, i ja wiem, że żadnej wizji nie było. Zełgałaś to.. - wytrzeszczyłam szeroko oczy. Jeśli to prawda i Ness wymyśliła tą wizję... To oznacza, że ja mam wybór. Mogę kochać bez ograniczeń... Ale ona.... To co ona zrobiła... Moja własna kuzynka. Perfidnie zełgała. Chciała ustawić moje życie. Bezczelnie nim dyrygować i udawać przy tym wielką przyjaciółkę. Czy ona ma serce?!
- Czy ty masz serce?! - gwałtownie wstałam, ukazując się w oknie. Spotkałam ich przerażone spojrzenia. Wszyscy wiedzieli i wszyscy mnie okłamywali. Nikt nie powiedział mi prawdy. Zmuszali do cierpień i mnie i Zayn'a. Tak bez powodu. Czym sobie na to zasłużyliśmy? - Jak tak mogłaś?! On stracił siostrę! Rodziców! Rodzinę! Mógł zaznać prawdziwej miłości! Ja mogłam mu ją dać! A ty przez swoje głupie ego, spowodowałaś cierpienie tylu osób! Jesteś podłą egoistką Renesmee! - wykrzyczałam i zalana łzami pobiegłam do domu.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 45 "Letson!"


Przez ostatnie dni byłam bardzo niespokojna. Zayn nie odzywał się do mnie. Gdy kontaktowałam się z Liamem, ten tylko mnie uspokajał i coś tam wymyślał, że Zayn zgubił telefon. Natomiast, gdy prosiłam Zayn'a do telefonu zawsze nie było go na miejscu. Zbieg okoliczności? Nie sądzę. On najwyraźniej mnie unikał, ale nikt nie wiedział czemu. Przecież nic nie zrobiłam. Może w tym problem? Że przez ten cały czas nic nie robiłam. Obiecaliśmy sobie, że wszystko będzie jak dawniej, a tymczasem odcięliśmy sie od siebie. Wszystko uległo zmianie. Głośny trzask drzwi wyrwał mnie z zamyśleń. Aramis stanął przede mną, trzymając Lettie na rękach. Rośnie zaskakująco szybko, nawet szybciej niż ja. Ma 2 tygodnie, a wygląda na roczek.
- Cześć, moja słodyczko. - uśmiechnęłam się.
- Schlebiasz mi, ale Lettie też tu jest. - wyszczerzył się wampir.
- Ha, ha. - rzuciłam z ironią i wzięłam małą na kolana. - Ależ moja księżniczka ślicznie wygląda. - przeczesałam dłonią po kruczoczarnych włosach Nicolette.
- No wiesz... - chłopak oburzył się. - Jak już to książę i tak. Ślicznie wyglądam.
- Głupek. - pokręciłam głową.
- A tak poważnie... - przysiadł obok mnie. - Zayn się odezwał?
- Nie. - westchnęłam. - Chociaż Liam mówi, że u niego dobrze, jest zajęty i przeprasza, ale nie może podejść. Ciągle ta sama gadka. Auć! - zawołałam, gdy Lettie pociągnęła mnie za włosy. - Letson! - wyplątałam z rączki małej swoje ciemne włosy.
- I co zamierzasz zrobić?
- A mam wybór? - zmarszczyłam brwi. - Nie mam zielonego pojęcia, gdzie są. Zayn nie ma zamiaru sie odzywać, Liam nic mi nie wypapla... No jasne! - wpadłam na genialny pomysł i wybiegłam razem z Lettie na korytarz. Natknęłam się na wujka Jaspera.
- Wućek Jaćpel... - roześmiała się Nicolette.
- Masz wućek Jaćpel. - przekazałam mu małą. - Letson jest twój, a ja musze coś załatwić. - zniknęłam za drzwiami swojego pokoju.
- Chodź Lettie. Wućek zaprowadzi cię do cioci. - usłyszałam głos złotowłosego. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyciągnęłam telefon.
- Poznam ten pomysł? - zapytał Aramis.
- Co? A... Zaraz. Niall, Niall... - zaczęłam szeptać sama do siebie. - Niallerku, gdzie jesteś? - gorączkowo przeglądałam kontakty w telefonie. - Bingo! - krzyknęłam, gdy zobaczyłam numer blondyna. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo? - po drugiej stronie odezwał się Niall. Taki trochę zaspany Niall. Możliwe też, że jest po prostu napity. Jedno nie wykluczało drugiego.
- Cześć Nialler. Słuchaj mam problem. Zayn obiecał, że zadzwoni, ale chyba zapomniał. Musze na niego troszkę nawrzeszczeć. Dasz mi go do telefonu? - zapytałam z nadzieją.
- Ja... Słabo cię słyszę... - Horan zaczął gnieść kartkę.
- Horan wiem, że zgniatasz papier. - mruknęłam zrezygnowana. - Będziesz łaskawy dać mi tego pingwina do telefonu czy nie?!
- Mam być szczery? - zaprzestał męczenia kartki papieru.
- Poproszę.
- Nie wiem gdzie on jest.
- To idź go poszukaj! - byłam coraz to bardziej zdenerwowana.
- Nie o to chodzi. - blondyn zawahał się. - Żaden z nas nie wie, gdzie on jest.
- Jaśniej?
- Zayn zaginął.
- Że co?! - wydarłam się do słuchawki.
- Szukamy go od 2 tygodni... - dwa tygodnie. Przecież  Zayn od dwóch tygodni mi nie odpowiada. A Liam zamiast powiedzieć, co się dzieje, spławia mnie.
- Gdzie jesteście? - serce zaczęło mi mocniej bić.
- Wiesz, że nie mogę... - wyszeptał.
- Niall proszę cie! - zawołałam. - Ja go kocham! Pamiętasz?! Musze wiedzieć, co się z nim dzieje.
- Dobra, wyluzuj. - zaśmiał się. - Jest obok mnie.
- Ty... Ty... [CENZURA].
- Skończyłaś? - zapytał niepewnie Niall.
- Tak idioto. Dawaj Zayn'a.
- Cześć? - momentalnie serce mi stanęło. Tak długo nie słyszałam tego głosu. Tak pięknego, szczerego, kojącego, uspokajającego.
- Ty... - przełknęłam ślinę. - Totalny kretynie jeden! Jedyne, na co cię stać po takim czasie to jakieś durne "Cześć,"?!
- Oj, wybacz Niki. Miałem dużo na głowie.
- Dużo na głowie?! Moja matka umierała, a facet, którego kocham, zamiast mnie wesprzeć ganiał za potworami! Faktycznie. Biedaku ty! Cierpisz na brak czasu! Co za nie fart! Jak to zniosłeś?! Został ci trwały uszczerbek na zdrowiu?! Jak ja ci współczuje!
- Nawet nie wiesz, co się tu działo. Nie reaguj tak.
- A jak mam twoim zdaniem reagować?! Po tym wszystkim co razem przeszliśmy, nie zasługuje nawet na nędzne informacje, gdzie jesteś?! To tyle dla ciebie znaczę?!
- Przestań! - teraz to on krzyknął. - Nie ma cie tu, nie wiesz, co przeżywam, jak sie czuje! Nie masz prawa mnie osądzać!
- Ty tępa pało! Nie rozumiesz, że sie o ciebie martwię?! Ja tu od zmysłów odchodzę, bo się o ciebie martwię, a ty mi z takimi tekstami wyjeżdżasz!
- Możesz przestać się na mnie drzeć?! - ryknął.
- Nie!!!
- Zayn wyluzuj. - usłyszałam cichy głos Liam'a.
- Nie wyluzuje! - warknął Mulat. - Jak długo jeszcze mam ci dziewczyno powtarzać, że popadam w paranoje, bo cie tu nie ma?! Nie mogę cię przytulić, pocałować, nazwać cię księżniczką, dotknąć twoich gęstych loków, spojrzeć w żarzące sie błękitne tęczówki, poczuć słodkiego smaku twoich ust! Nic nie mogę! Dlatego tak długo cię unikałem! Bałem się, że gdy zadzwonisz powiesz mi coś w stylu " Zayn fajnie było, ale wole Aramisa. Jestesmy tacy sami. Kochamy sie. Nie dzwon, tak będzie lepiej." Nie spałem, bo bałem sie usłyszeć te kilka zdań. Bałem sie, że gdy i ty mnie odtrącisz, zostanę juz całkiem sam. - po tych słowach wmurowało mnie w podłogę. - Nigdy nie chciałem cie zranić. Nigdy. Cześć Niki. - otworzyłam szeroko oczy. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale w moim gardle zawitała wielka gula. Usłyszałam tylko charakterystyczny dźwięk, mówiący o zakończeniu połączenia. Schowałam telefon do kieszeni. Spojrzałam na Aramisa. Wszystko słyszał, o wszystkim wiedział. Słyszał jak mówiłam, że kocham Zayn'a. On już wszystko zrozumiał. Tylko, czy to zaakceptuje?
- Aramis, ja...
- Nie. - chłopak wstał i wyszedł. Tymczasem ja, pogrążona we własnych, bezsensownych rozmyślaniach położyłam się. Zdałam sobie sprawę, że teraz jest czas na podjęcie decyzji. Nie mogę ciągle dreptać między Aramis'em i Zayn'em. Albo postaram się w jakiś sposób przedłużyć wypełnienie sie przepowiedni, albo poddam się bez walki, skazując osobę, którą kocham na nieszczęście. Decyzja należy do mnie. Albo złamie serce jednemu, pozostawię go samemu sobie, albo złamie serce drugiemu i skażę jego dusze na wieczną tułaczkę, w ciągu której nie zazna chodź cienia prawdziwej miłości

niedziela, 8 listopada 2015

PILNE!


Hejka Skarby. Takie pilne pytanie do Was. Mam napisane połowę 45 rozdziału. I stoję w kropce. Nie wiem jakie będzie zakończenie. Czy całkowicie szczęśliwe, czy może pół na pół.
Wiem na pewno, że jeżeli wprowadzę zakończenie pół na pół, to będzie na tym blogu sezon drugi. Natomiast, jeśli zakończenia szczęśliwe to wątpię w drugi sezon. Takze proszę was o pomoc. Zakończenie szczęśliwe, czy tez nie? Bardzo was proszę o radę ;)

sobota, 31 października 2015

Rozdział 44 " Co to znaczy?"


- Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie...
- Co? - zmarszczyłam brwi i podeszłam bliżej. Dopiero teraz zaczęłam dostrzegać pewne różnice. Przecież ciocia Bella ma krótsze włosy i lekko pofalowane, a te włosy są długie i proste jak struna. Do tego głos... Głos niby podobny, jednak zupełnie inny. Inny, ale zarazem znany, bliski.
- Co to znaczy? - zapytałam znów. Odpowiedział mi melodyjny śmiech. - Spójrz na mnie. - poprosiłam. Postać przestała się śmiać i powoli zaczęła odwracać się w moją stronę. Gdy stała już na wprost mnie zamrugałam kilka razy.- Aramis weź Lettie.
- Ale... - chłopak znalazł się obok mnie i palcem wskazał osobę przed nami.
- Bierz małą! - nieśmiało podszedł i wziął moją siostrzyczkę na ręce.
- Jakim prawem?! - warknęłam, gdy oboje znaleźli się przy mnie.
- Kochanie... - powiedziała kobieta stojąca przede mną.
- Jakim prawem przybrałeś postać mojej mamy, oszuście?! - warknęłam.
- Niki, co ty..? - kobieta była najwyraźniej niemiło zaskoczona. Podeszła o dwa kroki bliżej.
- Nie ruszaj się! - wyciągnęła rękę w moją stronę. - Nie! - krzyknęłam.
- Dominica to ja... - postać  była coraz bardziej zagubiona. - Nie poznajesz mnie? - spojrzałam jej w oczy. Złote, znajome, kochane oczy.
- To nie możesz być ty. - przełknęłam ślinę. - Moja mama leży tam. - wskazałam drzwi. - Leży tam nieruchomo, bez ducha, pozbawiona wszystkiego, zamknięta i sama.
- Nie. - kobieta podeszła i złapała moje ręce. - Nie, kochanie. To ja.
- To nie ty. - pokręciłam głową. Mimo wszystko nie wyrwałam się. Chciałam, żeby to była ona.
- Niki, co się dzieje? - do pokoju wpadł tata. Znalazł się obok nas. - Veronica? - szepnął.
- To ja... - kobieta pokiwała głową i puściła moje dłonie. - Jake to naprawdę ja.
- To ty! - wpadli sobie w ramiona.  Tata długo nie wypuszczał mamy z objęć. - Nie mogę w to uwierzyć. - szepnął. - Moja Veronica... Moja kochana...
- To ja. - po chwili zorientowałam się, że płacze.
- Jak to możliwe? - zapytałam w końcu. Oderwali się od siebie.
- Po prostu obudziłam się w trumnie. - wzruszyła ramionami. - Wstałam i pierwsze co zrobiłam, to przybiegłam tu.
- To naprawdę ty? - pociągnęłam nosem.
- Ja. - uśmiechnęła się leciutko.
- To ty. - uwierzyłam jej. Te złote, matczyne oczy nie mogły kłamać. - Nie zostawiłaś mnie. - rozpłakałam się i rzuciłam na mamę.
- Nigdy bym cie nie zostawiła, kochanie. - pocałowała mnie w czubek głowy. - Nigdy.
- To wszystko jest niemożliwe. - roześmiałam się.
- A jednak. - mama odsunęła się i spojrzała mi w oczy. - Wreszcie w komplecie. - spojrzała na tatę. Ten podszedł bliżej i pocałował ją.
- Jeszcze nie. - zaśmiałam się. Wyciągnęłam dłoń do Aramisa. Podszedł i chciał wręczyć mi małą Lettie, ale ja pociągnęłam go za rękę.
- Co robisz? - zapytał.
- Jesteś częścią rodziny. - przytuliłam się do niego. - Prawda Lettie? - mała uśmiechnęła się. Odwzajemniłam uśmiech. Nie byliśmy w komplecie, ale odzyskałam matkę. Nie bardzo wiedziałam jak to w ogóle możliwe, ale cieszyłam się jak głupia, bo nie zostałam sama...
***
📨 Liam nie uwierzysz!
📩 Nie uwierzę?
📨 Nie!
📩 Zaskocz mnie księżniczko.
📨 Moja matka żyje. Wróciła do zdrowia! Jest z nami!
📩 Niki... Istnieje wiele niewyjaśnionych zjawisk, ale możliwość, że spalona osoba się regeneruje... To niemożliwe.
📨 Liam, co w tym świecie jest niemożliwe? Istnieją wampiry, czarodzieje, a anioły chodzą po ziemi. Moja mama żyje. Nie postradałam zmysłów.
📩 Naprawdę?
📨 Naprawdę Liaś. Ona żyje. Nie zostawiła mnie jak... Nieważne.
📩 Jak my. Nie jestem głupi. Ale uwierz, że brakuje nam ciebie. Jesteś naszą rodziną i to się nigdy nie zmieni.
📨 Dziękuję. To kiedy mnie odwiedzicie?
📩 Póki co, to niestety trudno powiedzieć. Mamy dużo na głowie.
📨 Szkoda. No cóż, to ja już będę kończyć. Cześć Liaś
📩 Cześć księżniczko. 😊
- Co robisz? - Aramis wszedł do pokoju. Uważnie się mu przyjrzałam. - Co?
- Nic. - uśmiechnęłam się. - Właśnie skończyłam pisać z Liamem. - odłożyłam telefon do kieszeni.
- I co tam u nich? - przysiadł na krawędzi łóżka.
- Dużo roboty, tęsknią. Normalka. - wzruszyłam ramionami.
- Tęsknisz? - usiadł bliżej mnie. - Szczerze. - zastrzegł.
- Cholernie. - przytaknęłam. - Czuję taką pustkę, której w żadnym stopniu nie potrafię załatać. Nikt nie potrafi.
- Jestem przy tobie mała. - przytulił mnie. - Nigdy o tym nie zapominaj.
- Co robiłeś, gdy cię nie było? - zapytałam.
- Byłem obejrzeć rodzinny grobowiec, twierdzę. Nawet znalazłem swój pierwszy strój muszkietera.
- Jak to jest być muszkieterem?
- Kochałem to. - przyznał. - Byłem dumny z tego kim jestem, broniłem swojej ojczyzny, wiary, przekonań. Najbardziej lubiłem kapelusz z piórkiem. - roześmiał się.
- Chciałabym żyć w tamtych czasach.
- Nie chciałabyś.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Jesteś tak piękna, że byłabyś księżniczką. A księżniczka z muszkieterem żenić się nie może. - oparł podbródek o moją głowę.
- Słodki jesteś.
- Ociekam czekoladą.
- Ale ja bardziej. - wytknęłam na niego język.
- Zgodzę się.
- Przestań, bo się rumienię...
- Moja truskaweczka w czekoladzie...
***
20:04
📨 Hej, Zayn. Dawno nie pisaliśmy. Co u ciebie?
20:23
📨 Halo? Żyjesz ty tam?
20:36
📨 Zayn, coś nie tak?
20:47
📨 Odezwij się...
20:57
📨 Zaczynam się martwić.
21:02
📨 Obraziłeś się?
21:13
📨 Zayn!
21:28
📨 Boje się o ciebie. To nie jest normalne. Odezwij się.
21:32
📨 Proszę.
21:44
📨 Potrzebuję Was. Potrzebuje ciebie!
21:56
📨 Co się z tobą dzieje?!
22:07
📨 Zayn, proszę.
22:21
📨 Co z tobą Wayne?!
📰 Nie udało się wysłać wiadomości. Spróbuj ponownie później.
Wkurzona odłożyłam telefon na stolik i dokładnie okryłam się kołdrą. Już ja sobie z naszym Zayn'iem pogadam. Mnie się nie ignoruje, a nasz skarbek powinien to wiedzieć...

wtorek, 20 października 2015

Rozdział 43 "Kochamy cię. Pamiętaj"

Polecam przed czytaniem włączyć sobie TO

Aramis poszedł wynająć sobie jakiś dom. Tymczasem ja nie wstawałam z łóżka. Ciocia przyniosła mi śniadanie, ale nic nie tknęłam. Tata nie pokazał mi się na oczy. Boi się? Wstydzi? Potrzebuje tego, by mnie przytulił. Usłyszałam, że ktoś uchyla drzwi. Ujrzałam rudą grzywę.
- Cześć. - jej oczy były zaczerwienione. Pewnie też cały czas płakała. - Jak się trzymasz? - zamknęła drzwi i podeszła do łóżka.
- Dobrze... - skłamałam i poczułam jak do moich oczu napływają łzy.
- Dajesz radę? - te słowa załamały mnie. Wybuchłam płaczem. Jak mam się trzymać?! Straciłam matkę! Osobę najbliższą jaką miałam! Nikt nie mógł się z nią równać! Ale ona odeszła... Nie wróci. To koniec. Nessie podeszła i przytuliła mnie.
- Zostawiła mnie... - załkałam w jej ramię. - Ona też! Nie ma jej! Jestem sama Ness. Sama...
- Nie wolno ci tak myśleć.. - dziewczyna potrząsnęła swoją rudą grzywą. - Twoja mama cię kochała i zawsze będzie.
- Gdyby mnie kochała, nie zostawiłaby mnie!
- Oddała swoje życie za życie dziecka. To najpiękniejszy dowód miłości jaki istnieje. Dla ciebie była gotowa zrobić to samo. - zapewniła. - Teraz czujesz pustkę, ale gdy zobaczysz jak Lettie się śmieje, jak bardzo jest podobna do twojej mamy. Twoja pustka choć częściowo się załata.
- Obyś miała rację. - pokiwałam głową, nadal płacząc.
- Every night in my dreams...  - zaczęła nucić. - I see you, I feel you...That is How i know you go on... - wsłuchałam się w te piękne słowa i po chwili sama zaczęłam śpiewać.
- Love was when i loved you one truth Time i hold you. In my life you always go on...
- One small you open the door... - usłyszałam męski głos i zamrugałam kilka razy. Spojrzałam w stronę drzwi. O ścianę opierał się nie kto inny jak mój ojciec we własnej osobie. - Mama kochała tą piosenkę.
- Zostawię was. - szepnęła Ness i cicho wyszła.
- Czemu ze wszystkich pragnień na świecie wybrałem ciebie? - zanucił.
- To twojej dłoni przecież dłoń moja od zawsze szuka... - dokończyłam.
- Gwiazda co w rzece się ciągle przegląda tez tego nie wie... - tata podszedł do mnie i usiadł obok. - Nie wolno ci myśleć, że kogokolwiek kocham bardziej niż ciebie, mamę i Lettie. Jasne? - ujął moją twarz w swoje wielkie dłonie. - Kocham cię. - przytuliłam się do tego wielkiego serca. Bijącego dla mnie i Lettie. Kiedyś również dla mamy. Ale to było kiedyś.

***Trzy dni później***

Stoję już trzecią godzinę nad ciałem własnej matki. Ubrana w czarną suknie, która doskonale oddaje mój nastrój, uczucia. Moje wnętrze. Nie istnieje nic co może ukoić mój ból.
- Wiesz... - zaczęłam cicho kładąc dłoń na wieku trumny. - Pamiętam każdą kłótnię, każdą. Tą moją i twoją, taty, wujka Edwarda. I dopiero teraz uświadamiam sobie, jak niepotrzebne były, zbędne, tak bardzo zwierzęce... Zawsze mi powtarzałaś, że nieważne jak długo jest się wampirem. W każdym z nas dalej żyje człowiek, dusza. Każdy z nas ją ma. Bo gdyby nie ona, nie bylibyśmy zdolni prawdziwie kochać. Gdybyś ty jej nie miała, nie oddałabyś życia za Lettie. Obiecuję... Obiecuję, że zajmę się nią jak najlepiej potrafię. Słyszysz? - ostatnie łzy zadudniły o drewnianą płytę ze złotym krzyżykiem. - Twoja ofiara nie pójdzie na marne. - przez chwilę pragnęłam uścisnąć jej rękę, ale wiedziałam, że nie wytrzymałabym takiego widoku. Przy drzwiach jeszcze raz się obejrzałam.
- Kocham cię. - powiedziałam i wyszłam. Przemierzałam dom, rozglądając się dokoła. Szukając choć małej iskierki życia. Wszystko uszło wraz z Nią. Powoli udałam się do pokoju Lettie. Czuwała przy niej ciocia Rose. Nie powinno mnie to dziwić. To ona zastąpi matkę Nicolette. Lecz nie mnie. Przykro mi, ale nie. Usłyszałam dźwięk telefonu i pobiegłam do swojego pokoju. Chwyciłam urządzenie i spojrzałam na wyświetlacz. "Liam" O nie... Odebrać? Powiedzieć? Skazać siebie na kolejne rozklejenie? A może mi ulży. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i drżąca ręka powędrowała do ucha.
- Cześć księżniczko. - powiedział cicho.
- Hej Liam... - przełknęłam ślinę.
- Czemu nie powiedziałaś?
- Czego? - zmarszczyłam brwi.
- Wiesz czego. O twojej mamie.
- S... Skąd wiesz? - głos coraz bardziej mi drżał.
- Dostaliśmy list. Chyba od twojej cioci Alice. U dołu było tylko "A"...
- Oh. - pokiwałam głową. - Ja po prostu nie chciałam was martwić.
- Martwić? Jesteśmy przyjaciółmi, rodziną. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Przepraszam. - otarłam pierwszą łzę.
- Jesteśmy z tobą. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Kochamy cię. Pamiętaj.
- Dziękuję. - szepnęłam.
- Wybacz, ale muszę kończyć. Mamy trening. Będę czekał na twój telefon. - zapewnił.
- Dzięki, że zadzwoniłeś. Też was kocham. Na razie. - rozłączyłam się. Rzuciłam telefon w kąt i pobiegłam poszukać cioci Alice. - Wysyłałaś list do chłopaków?! - zapytałam, gdy natknęłam się na nią w korytarzu.
- Chłopaków? - spojrzała na mnie pytająco.
- No. - pokiwałam energicznie głową.
- Nawet nie wiem gdzie są. - wzruszyła ramionami, wyminęła mnie i poszła dalej. Ona też nie może znaleźć dla siebie miejsca. Nikt nie może. Nawet ciocia Rose, która tak cieszy się z Lettie, zmieniła się. Jest cichsza, bardziej opanowana, smutna. Skoro to nie ciocia Alice, to kto wysłał ten list? Na chwile pojawiła się pewna myśl, ale natychmiast ją odgoniłam. Aramis? Nie. On ich nienawidzi. Z wzajemnością. Chociaż, może mi...
- Jestem. - ktoś przytulił mnie na powitanie. Lśniące, czarne włosy, złote oczy.
- Cześć. - uśmiechnęłam się leciutko. - Musimy porozmawiać.
- Jasne. - kiwnął głową. Udaliśmy się do mojego pokoju.
- Ktoś wysłał do chłopaków list, podpisując się literką A. Wiesz, kto to mógł być? - zapytałam, siadając na łóżku.
- Alice? - rzucił.
- Wykluczone. - pokręciłam głową. - Nie wie gdzie przebywają. Wiem, że to trochę dziwne, ale czy to nie ty?
- Dlaczego tak sądzisz?
- Zawsze podpisywałeś się literką A. Więc może...
- Za dobrze mnie znasz... - spuścił głowę.
- Dlaczego to zrobiłeś? - otworzyłam szeroko oczy.
- Cierpisz. Choć z trudem to przyjmuje, oni są w stanie ukoić twój ból. Na pewno nie całkiem, ale w jakimś stopniu. ON potrafi to, czego ja nie. Potrafi sprawić, że uśmiechasz się w najgorszych momentach życia. Jeśli ON sprawi, że uśmiechniesz się choć na chwilę, jestem gotów zrobić wszystko, by go tu sprowadzić.
- Naprawdę cie nie rozumiem.
- Nie musisz. - westchnął. - Czasami ja sam siebie nie potrafię zrozumieć. A teraz bądź tak miła i obiecaj mi, że będziesz odbierała telefony od nich.
- Obiecuje. - zapewniłam.
- Świetnie. - chłopak uśmiechnął się.  - Idziemy do Lettie? Chciałbym w końcu ją zobaczyć.
- Jasne. - pokiwałam głową. Razem udaliśmy się do pokoju mojej siostry. Zapukałam i cichutko weszliśmy. Ciocia Bella stała do nas tyłem i karmiła małą mlekiem z butelki.
- Ciociu, możemy? - zapytałam podchodząc nieco bliżej. Odpowiedział mi melodyjny śmiech.
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie...

***

Powracam wredna ja z kolejnym (mam nadzieje, że z dłuższym) rozdziałem. Tak jakoś ostatnio coś mnie naszło i w godzinę był gotowy :D

wtorek, 13 października 2015

Rozdział 42 " Co znaczy już?"

- Ja muszę tam wejść!,- krzyczałam do wujka Jaspera, ale on jakby nie słyszał moich próśb. Dalej trzymał mnie w żelaznym uścisku. Poczułam falę miłego ciepła, które rozchodziło się po całym moim ciele. - Nie chce być spokojna! Wsadź se ten spokój! - warknęłam i zacisnęłam paznokcie na przedramieniu blondyna.
- Nie pomożesz im już. - powiedział opanowany. Na chwilę przestałam się szamotać.
- Już? - zmarszczyłam brwi. - Co znaczy już? - spojrzałam w złote oczy wujka. Milczał. - Co znaczy już?! - powiedziałam nieco głośniej. Dalej nic. Usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Stanęła w nich ciocia Bella.
- Znaczy, że już za... Za późno... - w tej chwili poczułam jak miękną mi kolana. Wszystko co działo się wkoło straciło sens. Aramis czekający w pokoju, ciocia Rose z Lettie na rękach. Już nic się nie liczyło, bo Jej nie ma. . Odeszła. Zostawiła mnie. Osunęłam się na ziemię. Zaczęłam tępo wpatrywać się w ścianę. Moje oczy produkowały litry łez, a ja miałam to gdzieś. Nadal nie mogłam przetrawić tej informacji. Jej już nie ma. Nie wróci. Przede mną usiadła czarna postać. Zamrugałam kilka razy. Poczułam lodowatą dłoń na swojej. Bez słowa przytuliłam się do Aramisa. Nie obchodziło mnie już co było kiedyś. Potrzebowałam czyjegoś uścisku. Nie takiego, który powie nie płacz. Tylko takiego, który pozwoli mi płakać kilka godzin i nie puści już nigdy. Nie wiem jak długo siedzieliśmy pod tą ścianą. Godzinę? Dwie? A może dzień? 10 minut?
- Chcesz się z nią pożegnać? - zapytał cicho Aramis.
- Z czym? Zwęglonym popiołem? - usłyszałam głos wujka Emmetta. Zaniosłam się jeszcze większym płaczem. To tylko tyle z niej zostało?! Nic więcej?! Tylko na tyle zasłużyła po latach cierpień?! Nie dość, że straciła ukochanego Bena, przez długi czas żyła sama, z dala od prawdziwej rodziny, na 3 lata zyskała mnie i tatę, a teraz już koniec?! To tym jest życie. Ciągłym katuszem, który wykorzystuje nas w każdym stopniu. Sprawdza ile każdy z nas może wycierpieć, po czym zostawia jako zwęglone, nic nie warte zwłoki?
- Muszę zadzwonić do Liama... - szepnęłam, odrywając głowę od klatki piersiowej Aramisa. - Gdzie mój telefon? - zapytałam, uderzając kieszenie swoich spodni. W końcu wyczułam mały prostokątny przedmiot. Drżącymi rękami wybrałam numer i przyłożyłam telefonów do ucha. Po chwili w słuchawce rozległ się głos. Niebiański głos pewnego bruneta.
- Tak? - zapytał.
- Cz... Cześć Li. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Cześć księżniczko. Miło w końcu cię usłyszeć. Masz jakąś sprawę? Czy dzwonisz, bo chcesz się z Lou i Nialla ponabijać?
- Właściwie to... - urwałam. Czy jest sens obarczać ich moimi problemami? Przecież mają własne. Demony i te sprawy... - Chciałam słyszeć twój głos. - pociągnęłam nosem. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam.
- Płaczesz?
- Mam katar. - wymusiłam śmiech, aby Liam już nie drążył tematu.
- To dobrze. - podsumował. - Myślałem, że może coś nie tak. - przełknęłam ślinę.
- Wybacz Li, ale muszę kończyć. Ma... Tata mnie woła.
- Zadzwoń jeszcze.
- Obiecuje. - uśmiechnęłam sie i nacisnęłam czerwony przycisk. Telefon powędrował do kieszeni.
- Czemu mu nie powiedziałaś? - Aramis podszedł i przytulił mnie.
-Mają własne problemy. - wzruszyłam ramionami. - Nie chce ich obarczac jeszcze swoimi. Ciebie tez nie. - Spojrzałam mu w oczy.
- Twój problem jest moim problemem. - wyszeptał mi we włosy
- I tak już zostanie.
- To miłe. - uśmiechnęłam się.
- To prawdziwe. Pamiętaj, że wampir zakochuje się raz na całe życie.


***


- Zayn! - biegłam przez las, nie mogąc złapać tchu. - Zayn! - wszędzie było ciemno, a ja mimo swojego wyczulonego wzroku słabo widziałam. - Odezwij się! Potrzebuje cię! Potrzebuje! - potknęłam się o kamień i wylądowałam na suchych liściach. Zaczęłam się czołgać.
- Niki?! - usłyszałam ten piękny głos Mulata. - Kocham cię! Pamiętaj! A teraz uciekaj! Bądź szczęśliwa!
- Zayn! - krzyknęłam na cały głos. Odpowiedziało mi krakanie ptaków. Nie miałam sił już dalej się czołgać. Po chwili dostrzegłam postać, wyłaniającą się z mroku. Zmrużyłam oczy.
- Lucas?! - zapytałam. Odpowiedział mi tylko nikły uśmiech. Po chwili obok niego pojawiła się Renesmee.
- To dla twojego dobra. -,szepnęła. Przed oczami ujrzałam martwe ciało Zayna.
- NIE!!! - krzyknęłam. Cały las wypełnił mój zrozpaczony głos. Poczułam jak oplatają mnie silne ramiona.
- To tylko zły sen. - szeptał Aramis. - Wszystko będzie dobrze.